Życie to pasmo zdarzeń cz 2

Życie to pasmo zdarzeń cz 2

Parę chwil później… Bet weszła do pokoju niosąc tackę. Tackę na której spoczywała flaszka, kieliszki oraz fajka wodna, już parująca. Gambit od razu zaopiekował się zestawem.

- To co chłopaki po jednym? – zagadał Remy podnosząc flaszkę.

- A za co pijemy? Tak bez powodu nie można… – bąknął Piotr ochoczo zabierając kieliszek. John zrobił to samo, Scott skrzywił twarz, powstrzymując Icemana i Kurta przed poczęstowaniem się.

- Za to co nadejdzie – odparł Gambit tajemniczym głosem. Podnosząc kieliszek, a ten wnet zaczął płonąć, niczym podpalony przez barmana. Piotr o mało nie upuścił kieliszka, ale po chwili namysłu wypił toast.

- Oooo- rozległ się głos Johna i Piotra – Co to jest?! – powiedział pierwszy, John.

- No co? Zawsze marudzicie, że mam tylko wino – napomknął Gambit wzruszając ramionami, bawiąc się kolektorem w ręku.

- No no, kto by pomyślał, że ty zaproponowałeś nam coś z takim procentem – zaczął Piotr obracając już pustym kieliszkiem w ręku – Urosłeś w moich oczach.

- Pfy – burknął Scott patrząc na trójkę z dezaprobatą. Gambit odwrócił się w jego stronę.

- Napij się z nami, co ci szkodzi? Jak coś i tak wszystko można zwalić na mnie, mnie i tak nie zrobi to różnicy, a może nawet się trochę rozerwiesz? – Scott łypnął na niego, ale coś drgnęło w Scott’cie – No dalej nie daj się prosić.

- Ale tylko dwa, jutro mam egzamin – Odpowiedział w końcu goglarz, Jean uśmiechnęła się lekko, w sali zapanowało rozluźnienie. Po chwili czwórka wypiła kolejny toast tym razem za zdrowie pięknych zgromadzonych tu dam…

- Co to? – spytał Scott krztusząc się.

- Absynt – odpowiedział z satysfakcją w głosie Remy.

- Zielona wróżka?! Serio, ale czad! – powiedział podekscytowanym głosem John.

- Jesteś skrajnie nie odpowiedzialny – powiedział oburzony Scott.

- Oj przestań, za dużo bzdur się nasłuchałeś. To niegroźna nalewka ziołowa… Zaczynamy panowie zbaczać z kursu, pora zabrać się za rzeczy ważne – powiedział z powagą Remy, gromadząc już wszystkie potrzebny mu rzeczy.

- Jakbyście nie były takie brzydkie to nie musiałybyście się malować – rzucił John, po chwili to w niego rzucono… Dziewczyny zaczęły imprezować puszczając muzykę, rozmawiając każda przez siebie, co rusz zmieniając temat i zagadując chłopaków co rusz. Pyro kontynuował brązowienie się bronzerem, Piotr z pomocą Kitty walczył z plamom od różu. Ja pomału zacząłem coś tam tworzyć po chwili dochodząc do wniosku, że ze mną naprawdę jest coś nie tak… Dla pewności rozejrzałem się. Kurt malował się głownie za pomocą tuszu do rzęs, co stworzyło posklejanego potwora z ustami tak różowymi od pomadki, że aż szkoda gadać… Do tego powiększonymi do rozmiaru, którymi nawet nie poszczycił się największy glonojad. Bobby bawił się pędzlami zagadując do dziewczyn, że talent ma po tacie, malarzu. A dobra szpachla zakryje wszystko. Było u niego za dużo wszystkiego, podkład aż spływał z niego. A na oczach miał najprawdziwszą pandę. Scott również się nie wysilił, zrobił makijaż byle jak, na wzór klauna, pod namową Jean, która żarliwie go dopingowała aby wytrzymał. A mój makijaż wyglądał do zniesienia! Dlaczego?! Przecież nawet się nie staram, do tego alkohol zaczął działać. To nie powinno tak wyglądać. Wyjdę na metroseksualiste, albo homo, albo co gorsze dark Quenn!! O boże trzeba coś, popsuć. Zacząłem w naprawiać swój błąd. Wtedy przypomniał sobie największe paszkary w swoim życiu oraz dziewczyny widywane na ulicach, których makijaż zostawiał wiele do życzenia. Zacząłem makijaż od nowa, sumując wszystko co złe w makijażu na swojej twarzy. Końcowy efekt mojego makijażu wyglądał następująco: podkład odcinał się od mojej twarzy ostrą kreską, oczywiście w kolorze zupełnie nie pasującej do mojej karnacji. Przesadziłem również z bronzerem oraz różem. Nałożonymi zupełnie nie tam gdzie trzeba. Na oczach miałem mocny kobaltowy kolor, a pod łukiem brwiowym biały perlisty. Na moich ustach leżał bardzo brzydko pachnący błyszczyk, w mocno perlistym niudowym kolorze.

- Remy jesteś przykładem jak tego nie robić – powiedziała jedna z dziewczyn.

- No, normalnie suma wszystkiego i to w jednym – powiedziała Kitty z kolan Piotra – Można mieć koszmary.

- I to mokre hihih – zachichotał Pyro, a sali rozległ się dźwięk oburzenia.

- Miss Luizjany to ty nie zostaniesz – powiedziała do mnie Rogue dostawiając sobie krzesło obok mnie.

- Już ci się nie podobam? – zagadałem przybliżając się do niej. Moja Cheri uśmiechnęła się łobuzersko. Nachyliliśmy się tak, że nasze czoła dzieliło jakieś parę centymetrów, moje dłuższe już włosy spadły, zakrywając boki mojej twarzy. Ahh to napięcie, kiedy jestem tak blisko niej. Aż mnie rozsadza w środku. Bez zastanowienia pocałowałem ją. Jej usta są tak delikatne, lekko wilgotne od spienionego mleko z posmakiem kakao, które sączyła tego wieczora. Niech ta chwila trwa…

- Wiesz że to niemożliwe…- usłyszałem. Oderwałem się od mojej ukochanej momentalnie. Rozglądając się kto to powiedział.

- Coś się stało? – spytała przyglądając się mnie.

- Nic, coś … Masz umazaną buzie – odpowiedziałem szybko.

- Tak jak i ty – odparła uśmiechając się lekko.

- Remy nie zasypiaj, trunek stygnie – rzucił Piotr z końca sali, polewając.

- Chłopaki teraz ostateczny test, eyeliner – powiedziała Bet, podchodząc do mnie i kładąc narzędzie największej zbrodni. W pomieszczeniu rozległ się Inner Circle- Bad Boys, momentalnie w towarzystwo wkradł się chillout. Zacząłem się bujać, ku mojemu zaskoczeniu Rogue dołączyła do mnie.

- Obym sobie oczu nie wydłubał – bąknąłem zaczynając robić sobie kreskę.

- Jak to mówią, kreska przed klubem, kreska w klubie –powiedział Pyro zaczynając swoje zmagania. Robiąc sobie przeróżne wzorki na twarzy.

- Już nigdy nie powiem, złego słowa dziewczyny. To naprawdę trudne – powiedział Iceman, próbując otworzyć oko.

- I jakie niebezpieczne… – dodał Kurt. Po chwili makijaż był już skończony.

- Ale wyglądacie panowie – rzuciły dziewczyny.

- Pyro wyglądasz jakbyś się urwał z więzienia dla byłych makijarzystów i to bardzo złych…

- Do tego spalonych w solarium…

- Wróciłeś z Turcji? – zagadałem rozbawiony.

- Nie z kibla, haha… – zaśmiał się Pyro. Co rozbawiło towarzystwo.

- Ale i tak Gambit rozwalił system…

- Wyglądasz jak ruska lala – ktoś rzucił, Piotr prychnął.

- Ale kreski ma idealne, równe i tam gdzie trzeba – powiedziała Kitty przyglądając się moim idealny jaskółką, cóż dla własnego bezpieczeństwa wolałem zrobić to porządnie.

- Ale jak przy tym skupiony był – powiedziała jedna z dziewczyn.

- Próbowałem nie wydłubać sobie oka… – odparłem zaciągając się fajką wodną, nabitą smakiem cytryny i limonki.

- Dobra to teraz nas zmyjcie – powiedział Scott wstając – Było nawet znośnie…

- Oooo – westchnienia rozległy się w sali.

- No proszę, jednak cały z drewna nie jesteś – mruknąłem do Scotta, o dziwo pan idealny uśmiechnął się.

Po doprowadzeniu się do porządku. Zaczęła się gruba impreza, od razu zaczęliśmy od dwóch kolejek pod rząd, poszła pierwsza flaszka, pora na drugą. Scott z resztą młodszych x-men zmyła się do pokoi. Po chwili zniknęła również Jean. Po krótkiej wymianie słownej z Wolverinem, pozostałe towarzystwo trochę się uspokoiło z hałasowaniem. Pan niezniszczalny miał dziś dyżur…

- To co lecimy dalej z tematem? – zagadała Bet. Zmarszczyłem brwi, co one jeszcze naszykowały dla nas.

- Akurat rzeczy starczy dla was trzech…

- Jak to? To nie wszystko? – spytał zaniepokojony Piotr.

- Skądże to nasz wieczór panowie… – dodały dziewczyny.

Po chwili osaczyły naszą trójkę. Bet z Rogue mnie, Kitty i Firestar Piotra. Magma i Boom-boom Pyro. I zaczęło się…

- Dziewczyny nie przesadzajcie, to za wiele…

- To już nie jest zabawne…

- Nie nie, starczy, dość…

Nasze umizgi nic nie dały. Dziewczyny zaczęły nas malować tak na serio, profesjonalnie. Kiedy zaczęliśmy myśleć że to koniec. Wtedy wytoczyły najcięższe działo. Stroje…

- Przerwa moje drogie muszę się napić – powiedziałem powstrzymując dziewczyny.

- Nie tylko ty…

- Tylko teraz nie pękajcie – powiedziała hardo Bet – Jesteście naprawdę dzielni i solidarni.

- Taa, jeden za wszystkich wszyscy za jednego…- bąknął Pyro, podnosząc kieliszek. Podnosząc się wzajemnie na duchu. Dokonaliśmy tego. Ubrani w przydzielone nam ciuchy. Staliśmy mierząc się wzrokiem po chwili wybuchając śmiechem.

- Będziemy to długo wspominać – powiedział na sekundę poważniejąc i zapamiętają tą chwilę.

- Tak samo jak cały instytut – roześmialiśmy się już pijani. Piotr był wystylizowany na baletnice, Pyro na lalkę barbie, a ja… Oh… One są okrutne. A ja zostałem panią do towarzystwa. Miałem mocny, ale elegancki makijaż, krótką czerwoną sukienkę, pończochy, a na włosach perukę z gęstymi długimi lokami. John tez miał, ale blond z prostymi włosami.

- A teraz pora na nasz zakład – powiedziała Bet wyciągając za pleców wysokie szpilki. Wtedy nie wytrzymałem, zacząłem się śmiać tak że rozbolał mnie brzuch. Ale przyjąłem je. Leżąc na podłodze, założyłem je. Chłopacy oniemieli.

- No co? Kiedyś się założyłem, że to żadna sztuka stać w szpilkach dwie godziny, skoro kobiety chodzą w nich na co dzień…- odparłem.

- Jesteś naprawdę pokręcony… – powiedział Pyro.

- Wiem – roześmiałem się. Z lekką pomocą wstałem, o mało nie wykręcając sobie przy tym kostki.

- Łooo to naprawdę trudne. Ałć to boli… – zacząłem próbując się przejść, chwiejny krok wywołany alkoholem wcale nie pomagał.

- Idziemy na dół? – rzucił Pyro.

- A co tam – odparłem z werwą. Zakończoną upadkiem na Piotra.

- Nie pij już lepiej – powiedział Piotr biorąc mnie pod rękę.

- Na podbój kuchni! – krzyknąłem wesoło. Z całym towarzystwem zaczęliśmy swoją drogę w dół, dziewczyny jako te rozsądne skierowały nas do windy. Ale i tak narobiliśmy hałasu co nie miara na korytarzu, paru x-men nawet się obudziło i wyszło zobaczyć co się dzieje. Ich twarze mówiły wszystko. Po paru minutach jakoś trafiliśmy do kuchni. Wparowaliśmy z chłopakami do kuchni. A tam…

- Na boginie! – westchnęła Ororo na nasz widok. Szybko schodząc z kolan Wolverina. Sam Logan był w takim szoku, że nie zauważył jak popiół z cygara spada na jego koszulę, robiąc w niej dziurki. Gambit z gracją wpadł ni to przypadkiem na Wolverina, siadając mu na kolanach bokiem, zakładając prawą dłonią za szyją Rosomaka.

- Stawka od pięćdziesięciu tysięcy za noc – powiedział zniżając głos, patrząc wprost oczy nadal zszokowanego Logana, po sekundzie powiedział – Wiesz trzeba się szanować – wtedy towarzystwo nie wytrzymało. Wszyscy w kuchni zaczęli się śmiać, nawet Rosomak na chwile zakrywając twarz ręką. Gambit z niewzruszoną postawą czekał.

- A przyjmujesz czeki? – odpowiedział w końcu Logana, powstrzymując śmiech i starając się spoważnieć.

-A czy ja wyglądam na bank? – oburzył się spoglądając w bok, niczym urażona dama. Znów wybuchły śmiechy, Pyro prawie leżał na podłodze, Ororo z Piotrem wyglądali na mocno zmieszanych zachowaniem Gambita. Logan uśmiechnął się szpetnie.

- Ty świntuchu – machnął ręką Gambit widząc uśmiech Logana.

- Remy daj spokój to zaczyna być niezręczne – powiedziała Rogue krzywiąc twarz.

-Byłbym zapomniał, że jestem już zajęty na tę noc… – odparł Remy nie wychodząc z roli kokietki, zabierając Loganowi cygaro i mocno się zaciągając. A to był błąd… Po chwili oczy Cejuna o mało nie wyskoczyły z orbit, zaczął się krztusić i kasłać. Wstał próbując złapać oddech i zginając się wpół.

- Jak bym wciągnął do płuc paloną skórę ze starymi skarpetkami – wykrztusił już swoim normalnym głosem, sięgając po butelkę wody. Wolverin zawarczał śpiewnie pod nosem. Towarzystwo rozsiadło się zaczynając rozmowę między sobą. Gambit powoli dochodził do siebie po morderczym buchu.

- Jakbym wiedział, że twoja emerytura jest aż tak cienka, to bym ci kupował cygara – powiedział Gambit siadając na wolnym krześle.

- A zakład? – powiedziała Bet.

- Aaa no tak – mruknął wstając od razu.

- Ładne szpilki – powiedziała Ororo oceniając buty Cejuna.

- Dzięki, ale niezbyt wygodne…

- Dziewczyny macie u mnie za to dużego plusa. Stylizacja dziesięć na dziesięć szczególnie Cejuna – powiedział Wolverin zaciągając się.

- Dzięki, ten, trochę się napracowałyśmy, szczególnie przy Remy’m – powiedziała Kitty jedząc późną kolację.

- Chciały mi wydłubać oczy… – mruknął Remy, grzebiąc ręką przy prawym oku.

- Nie! – krzyknęły Bet i Rogue jednocześnie, Cejun niemal natychmiast opuścił rękę.

- Wszystko zepsujesz, nawet nie próbuj dotykać oczu – powiedziała ostro Bet.

- Ale czuje cały czas jakby mi coś wpadło do oka – oburzył się Remy.

- No, a do tego to uczucie jakby mieć coś nad głową w sensie… – zaczął John ukradkowo też dotykając twarzy.

- Jak czapka z daszkiem – dokończył Remy rozumiejąc problem z ograniczoną widocznością.

- Może macie trochę długie i gęste rzęsy, ale przyzwyczaicie się – mruknęła Rogue, podchodząc do Remiego, opierając się razem z nim o blat kuchenny.

- To nie fair, że Piotra tak ulgowo potraktowałyście – mruknął pod nosem. Makijaż Piotra był dość prosty, jasna teatralna twarz mocno upudrowana z delikatnie pokreślonymi oczami bez żadnych udziwnień. Po dziesięciu minutach luźnych rozmów kolejna część towarzystwa rozeszła się do swoich pokoi. W kuchni zostali tylko Akolici, Bet, Rogue i Wolverin. Remy zaczął przygotowywać tosty, kiedy usłyszeli dzwonek. Remy pełnym wesołości krokiem poszedł do drzwi, Wolverin jednak siedział nadal skupiony węsząc. Bet również zmarszczyła czoło spoglądając w stronę drzwi.

- Profesor wrócił? – spytała Rogue. Logan wstał kręcąc głową. Rogue ruszyła za nim na korytarz.

Niczego nie podejrzewając otworzył drzwi z wesołym uśmiechem na ustach. Był pewien, że to Mistrz wracający z tajnego spotkania. Jednak mężczyzna i kobieta stający po drugiej stronie drzwi z pewnością nie byli Mistrzem czy Magneto i Emmo Frost. W mgnieniu oka zamknął drzwi przed niespodziewanymi gośćmi, przywierając ze strachem do ściany. Wolverin, Rogue i Bet już szli korytarzem, kiedy drzwi ponownie się otworzyły, a z nich wychyliły się dwie głowy. Pierwsza należąca do mężczyzny krótko obciętego o dość mocnej budowie ciała o średnim wzroście i druga należąca do kobiety o blond włosach spiętych w kucyk. Oboje mieli bardzo zaskoczone miny, a ich wzrok nie odrywał się od speszonego Gambita.

- Bonsoir bracie – powiedział po chwili mężczyzna, lekko skołowany.

Info

Niestety z powodu braku czasu, spowodowanego pisaniem pracy magisterskiej oraz pracy. Jestem zmuszona zawieść bloga do wiosny. Na pewno nie porzucę bloga, a historia zostanie zakończona. Trzymajcie za mnie kciuki:)

Życie to pasmo zdarzeń…

      Życie to pasmo zdarzeń, zarówno tych dobrych jak i tych mniej… Ostatnio  moje życie wygląda tak, jakby piękna blondynka z ekranu wyciągała codziennie inną piłkę z maszyny losującej. Jest dzień przyjemny, zwykły, męczący, wkurzając, załamujący… Każdy dzień jest inny. Nie ma tygodnia dobrego czy całkowicie złego. Nie ma dwóch dni w moim życiu takich samych. Zaczynam się zastanawiać czy tylko moje życie tak wygląda? Czy całego życia na tej planecie? Obserwując innych rezydentów Instytutu doszedłem do jednego wniosku: istnieje grupa ludzi, których prawo Murphy’ego nie obowiązuje lub dzieje się to bardzo rzadko i że pozostała część populacji ma zdrowo przeje… Tak… Ja zaliczam się do tej drugiej grupy ludzi. Mój dzień to jedna wielka maszyna losująca, która dąży do maksymalnej entropii. Od zawsze moje życie tak wyglądało. Ale pomijając te gorsze dni w moim życiu, to nie mogę narzekać, przynajmniej nie mam nudnego życia. Codziennie czeka mnie co innego, inne zadania, zmagania. Ale co za dużo to niezdrowo…

 

- Unik, zwód, piruet Etienn! Unik! Unik! Za wolnooo!!! – rozległ się krzyk Mistrza Pai Mei po sali walk. Gambit wycofał się z kręgu zwanego „młynem”. Młyn bo tak nazwano ten krąg ćwiczebny, złożony z ośmiu ludzko podobnych urządzeń, niezależnie rozmieszczonych na planie koła o średnicy dziesięciu metrów, służył do nauki zwodów i uników, oraz bezszelestnego przemieszczania się wśród wrogów. Stosowany już od pięciuset lat przez zakon Białego Lotosu na którego czele obecnie stoi Mistrz Pai Mei. Ćwiczenie w młynie były dość upierdliwe i bolące, co było spowodowane, sposobem działania młyna. Ponieważ każdy z ośmiu „ludzi” wyposażony był w pięć ruchomych ramion na różnej wysokości, a cały młyn można było rozkręcić od bardzo powolnego ruchu do ruchu, który Gambit określił jako maszynka do mięsa. Ponieważ każde, zetknięcie się z którymś z ramienni przy tej prędkości zdzierało skórę z ćwiczącego.

- Jak za wolno to puść szybciej, Mistrzu – powiedział Gambit stając obok Mistrza. Mistrz wolno podniósł prawą brew, oceniając siły swego ucznia.

-Proszę bardzo – odpowiedział Mistrz włączając kolejny poziom młyna. Maszyna rozkręciła się na dobre, ramiona metalowych ludzi poruszały się z ogromną prędkością, a sami ludzie co rusz wirowali między sobą, zmieniając kierunek i kąt. Trzeba przyznać, że Forge się postarał budując tą zabawkę dla Mistrza. Nowa w pełni zmechanizowana wersja była istnym potworem. Gambit chwile popatrzał na krąg, wziął głęboki oddech i skoczył w otchłań młyna.

- Utrzymaj tempo!- krzyknął Pai Mei obserwując ucznia zwinnie wymijającego przeciwników – Dobrze… Naprawdę dobrze – powiedział cicho do siebie. Po chwili zmieniając program na kolejny jeszcze szybszy i bardziej wymagający. Forge ustawił program tak, aby losowo generował ruch ludzkich maszyn w najbardziej chaotyczny sposób. Jego inspiracją do pracy, był opis Mistrza. W którym uczniom, co jakiś czas zmieniano układ ruchu ludzi tak, aby nie uczyli się ich na pamięć. Teraz maszyna robiła to za Mistrza. Mimo to Gambit był bezbłędny. Zwinnie niczym dziki kot, śmigał między ramionami, z coraz to większą radością malującą się na jego twarzy.

- Gotowy na ostatni poziom!?- krzyknął Pai Mei do ucznia.

- Dawaj!- odkrzyknął Gambit zginając się w pół przed dwoma ramionami. Mistrz z napięciem włączył ostatni program na pilocie. Maszyna wirowała w różnych kierunkach, tak samo jak Remy. Chłopak uwijał się wokół ramion, skręcając swe ciało pod różnymi kątami, co rusz uchylając się i robiąc zwody i uniki przed metalowymi ramionami. Był nietykalny.

- Nie wierze – powiedział cicho Pai Mei – taki postęp, w  tak krótkim czasie…. I bez pomyłki… – Mistrz wyłączył maszynę,  Gambit powoli, zwalniając razem z ruchem maszyny zaczął się wycofywać.

- O to właśnie mi chodziło – powiedział zadowolony Pai Mei do ucznia. Gambit powoli szedł w jego stronę – Przeszedłeś cały trening, do 10 poziomu włącznie. Jak … – zaczął, ale urwał  w net rozumiejąc całą sytuację. Oczy jego ucznia miały postać aktywnego Byakugan.

- A więc to tak… – mruknął uśmiechając się pod nosem.

- Coś nie tak Mistrzu? – spytał Remy, sięgając po butelkę z izotonikiem.

- Nic, cieszę się że opanowałeś zdolność aktywacji Byakugan i to w walce – odparł Mistrz.

- Aaa o to chodzi… Zorian mi pomógł. Rzeczywiście przydatna zdolność, zwiększa pole widzenia i takie tam, ale to boli – odparł pocierając oczy.

- Zorian?- spytał zaskoczony Mistrz – Naprawdę masz z nim taki kontakt?

- Kontakt? – prychnął, wycierając się ręcznikiem -  On ma swój świat, którego totalnie nie rozumiem…

- Hmm uważaj – dodał Mistrz idąc z uczniem do windy.

- Spokojnie, żaden duch nie będzie mną rządzić- odparł butnie Remy.

- To postać astralna…

- Tak, tak wiem. Gdzie wyjeżdżacie? – zmienił temat. Pai Mei chwile milczał. Pink! Usłyszeli dźwięk windy.

- Na spotkanie. Mam nadzieję, że niedługo do nas dołączysz – powiedział Mistrz, wychodząc jako pierwszy z windy.

 

 

 

 

- Martwisz się? – spytała opierając się o moje ramię.

- Trochę… – odburkłem, spojrzała na mnie, w dole pleców poczułem przyjemnie nieprzyjemny dreszcz spływający mi po plecach, zmieszany dodałem – Ale ufam mu. Zawsze był przy mnie kiedy go potrzebowałem, tak samo jak Darius.

- Dobrze mieć kogoś kto cię pilnuję…- mruknęła Rogue wpatrując się w moje oczy. W tym momencie przypomniałem sobie te słowa, które wypowiedziałem podczas naszej misji uratowania mojego przybranego ojca.

- Dokładnie – odpowiedziałem po francusku zamyślonym głosem. W tym momencie do pokoju weszła Kitty, a raczej wparowała z Kurtem do pokoju. Rogue odsunęła się lekko ode mnie, widać nadal ma problem z okazywaniem uczuć do mnie w szerszej publiczności niż nasza dwójka.

- Puka się – wycedziłem rozdrażniony.

- Przepraszamy – odpowiedziała karnie Kitty – Szybka decyzja, zagracie? Dziewczyny kontra chłopaki?

- W co? – spytałem zbity z tropu, Rogue już grzebała w szafie.

- Jak to w co?- odpowiedziała zdziwiona, tonem jakby moje pytanie było nie na miejscu.

- W Baseball – odpowiedział z entuzjazmem w głosie Kurt – Musisz zagrać, jesteś szybki i masz cela, z tobą na pewno wygramy. Spojrzałem na Rogue, ta już trzymała rzeczy na przebranie.

- Bien – odpowiedziałem, przecież nie będę gorszy. Zresztą przyda mi się trochę rozrywki.

 

 

         Obie drużyny stanęły naprzeciwko siebie, mierząc się wzrok. Każda była pewna swojej wygranej. Uśmiechnąłem się do Rogue, moja Cheri zmierzyła mnie pewnym siebie wzrokiem z lekkim grymasem uśmiechu, wiecie takiego łobuzerskiego. Kocham jej charakter buntowniczki. Scott i Jean wyszli do przodu.

- Gramy fair play, żadnych oszust, bez mocy… Czysty sport – Powiedział z pompą Scott. Już parę słów cisło mi się do ust, ale się wstrzymałem.

- Oczywiście, niech wygra lepsza drużyna – uśmiechnęła się Jean – Gramy dziś bez zapolowych, niestety  lekcje same się odrobią… Ale i tak to my wygramy – dodała dumnie, dziewczyny zaśmiały się.

- Ten się śmieje kto się śmieje ostatni – odparł Scott pewny swego.

- Może mały zakład?- spytała Jean.

- Zakład?- spytał zdziwiony Scott, zacząłem z uwagą przyglądać się Jean.

- Jeśli my wygramy, zrobicie wszystko co zechcemy, a jeśli wy… No sami wiecie – krótko się naradziliśmy, chodź wynik był od początku znany.

- Zgoda- odpowiedział Scott.

 knm

Podszedłem do Rogue pewny siebie, opierając kij o ramię.

- Gotowa na przegraną? – spytałem z łobuzerskim uśmiechem na ustach.

- Chciałbyś- wycedziła hardo. A w jej oczach skakały wesołe iskierki. Zająłem pozycję jako miotacz. Nigdy nie grałem w tą grę, ale zasady wydają się proste. Bo co jest trudnego w rzucaniu i odbijaniu piłki, a potem  w bieganiu po bazach? Podrzuciłem piłkę parokrotnie w dłonie, nie po to aby zdenerwować przeciwnika moim ociąganiem, ale aby ocenić dokładnie wymiary i ciężar piłki. Gotowy wystawiłem lewą nogę do przodu, a prawą w tył. Skręciłem ciało zabierając się do zamachu, podniosłem lekko lewą nogę i wyrzuciłem piłkę. Nie spuszczając wzrok z miotacza przeciwnej drużyny. Była bardzo skupiona i zdeterminowana. Zamachnęła się, ale nie trafiła. Bestia jako catcher złapał piłkę, Na twarzy Rogue malowało się niedowierzenie.

- Pierwszy błąd – powiedział Bestia odrzucając do mnie piłkę.

- Tak trzymaj, jeszcze dwa razy!- krzyknął zadowolony Scott. Skupiłem się na niej to była walka tylko pomiędzy nami dwoma. Tym razem podkręciłem piłkę i znowu nie trafiła. Ku mojej radości i rozpaczy przeciwniczek. Rogue wyglądała na naprawdę wkurzoną. Ustawiłem się raz jeszcze z uśmiechem wymalowanym na twarzy. Rzuciłem naprawdę mocno. Już miałem triumfować, wyautowanie Rogue z gry, gdy ta odbiła piłkę i to z taką mocą, że poleciała na sam koniec boiska. Ooo moja Cher oszukuje… Dziewczyna bez zastanowienia rzuciła kij i zaczęła biec w stronę pierwszej bazy. Dziewczyny w tym czasie ją dopingowały. A Bobby jako bazowy właśnie odrzucał piłkę w stronę, Kurta- łącznika. Rogue już była przy trzeciej bazie, w tym momencie Kurt odrzucił piłkę w stronę Pyro, a on… Jej nie złapał. Rogue przebiegła przez ostatnią bazę zaliczając punkt swojej drużynie. No cóż c’est la vie… Gra rozpoczęła się na dobre. John z Piotrem robili co mogli jako bazowi, ale ta gra widocznie nie jest stworzona dla nich. Dziewczyny nie dawały za wygraną, walcząc z nami o każdy punkt. Miały świetnych bazowych Kitty, Tabite  i Wolfbane oraz łączniczkę Magme, które nie raz grały w tą grę. Całości dopełniały Jean jako miotacz i Rogue jako łapacz. Teraz to Scott był pałkarzem. Odbił podkręconą piłkę Jean. Zaczął biec w stronę pierwszej bazy przy aplauzie uczniów z instytutu,  którzy już odrobili zaległe lekcje. Zaczął biec najszybciej jak potrafi do najbliższej bazy. Ale nagle rozległ się gwizdek. Stanąłem nie rozumiejąc sytuacji. Obejrzałem się w tył.

- Podwójny aut – rozległ się głos Bestii.

- Oooo – głos rozczarowania rozległ się po boisku. Dziewczyny zdobyły punkt. Ostania szansa, teraz ja kontra Jean. Coś w głowie mówiło mi, aby nie przeginać nie drażnić się z Jean, tak jak to robiłem z resztą zawodniczek. Jean patrzyła na mnie, nie mrugając przy tym, po chwili uśmiechała się w sposób który zaczął mnie niepokoić. Rzuciła piłką, rzut był perfekcyjny… Machnąłem kijem, ale nie udało mi się trafić. Bez oszustw tak? Telekineza jak ja jej nie cierpię.  Zdenerwowałem się i to porządnie, ponieważ nikt oprócz mnie nie zauważył tego. Poprawiłem pozycję. Ja ci pokażę… Wtedy moje oczy przybrały postać aktywnego byakugana. Rzuciła ponownie, a ja odpłynąłem w najmniej odpowiedniej chwili. Nie leciała we mnie piłka tylko cholerna kula armatnia! A ja stałem na murach jakiegoś posępnego obleganego zamczyska. Machnąłem ręką mimowolnie, w obronie. Gdy się ocknąłem, stałem tak jak stałem, ale wszyscy oprócz Jean leżeli na ziemi. Mój zamach kijem niósł za sobą dodatkowy efekt w postaci fali ognia. Nie wiem jak to zrobiłem, naprawdę nie wiem. Wszyscy byli zdrowo wystraszeni z wyjątkiem Jean, która stała jak gdyby nigdy nic.  Otoczona swoim polem siłowym. Byłem naprawdę zdenerwowany…

- Powinniśmy zakończyć grę – powiedział Bestia wstając i podchodząc do mnie, ja nie spuszczałem z oczu Jean, a raczej Feniksa.

- Nie!- powiedzieliśmy razem, towarzystwo zarażało na dźwięk naszych stalowych i chłodnych głosów – Dajcie mi nowy kij – Bobby ze strachem podał mi go poczym odbiegł ode mnie.

- Myślisz, że wygrasz ze mną? I tak przegracie macie za mało punktów to nic nie zmieni… – powiedział Feniks.

- Zobaczymy – wycedziłem. Feniks już nie ukrywając swojej osoby szykowała się do rzutu. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Użyłem swojej najlepszej karty w tym pojedynku, skoro  Byakugan nie pomógł, to może umiejętność wzrokowe Scharingana pomogą w starciu z Feniksem. Oczy bardzo bolały, ale nie zważając na ból spróbowałem. Mój Scharingan w wielkim bólu zmienił się, miał już trzy łzy tworzące wzór na czerwonej tęczówce oka. Feniks wyrzucił piłkę. A ja ją odbiłem i to z taką siłą, że został wybita poza boisko. Zdobyłem punkt dla drużyny, chodź  i tak przegraliśmy jednym punktem. Chłopacy odruchowo przeszli po bazach. Mecz był zakończony.

- Gratulacje! – krzyknęła Jean podekscytowanym głosem, co trochę mnie zaskoczyło. Tak nagła zmiana zachowania i aury i to tak krótkim czasie. Stałem osłupiony zresztą jak reszta. Scott podszedł do Jean mówiąc coś do niej cicho. Później podeszła z nim do mnie, cofnąłem się o krok. Jean złapała mnie w objęcia ściskając jak najlepszego przyjaciela, stałem jak słup soli, patrząc się na Scotta.  Mina Sotta mówiła to samo.

- Ależ to był mecz! – powiedziała zachwycona – I na dodatek udało ci się ją przechytrzyć! To było niesamowite! Ale pamiętaj, że to my wygrałyśmy mecz. Więc teraz zrobicie co tylko zechcemy – powiedziała odchodząc.

- Gambit powiedz mi, że rozumiesz coś z tego? – spytał mnie Scott oglądając się za Jean. Zrezygnowany usiadłem na ziemi po turecku. Towarzystwo zaczęło się zbierać, Rogue czekała na mnie ze zmartwioną miną.

- Nic, a nic – pokiwałem przecząco głową – Poza tym, ze mi nie jednemu odwala…

 

 

     Dziewczyny szykowały się na zakupy. Były strasznie podekscytowane wyjazdem. Ciekawe co dla nas szykują. Właśnie schodziłem na dół, z koszem na pranie, gdy wpadłem na Jean.

- Przepraszam – zaczęła – Ona…

- Nic takiego się nie stało – powiedziałem kładąc kosz na podłodze – Naprawdę, ja też nie powinienem.  Niektóre rzeczy są poza nasza kontrolą, to nie nasza winna.

- Racja, ale nie tak powinno to wyglądać. Jesteśmy przecież sojusznikami. Co więcej teraz wszystko jest na naszych głowach – dodał już zmienionym głosem.

- Nie wybraliśmy takiego życia dla siebie. To wybrało nas z jakiegoś powodu –  złapałem ją za ramiona, patrząc jej prosto w oczy. Jean zacisnęła zęby, kiwając lekko głową.

- Glowa do góry. Jakoś to będzie. W końcu jest nas dwóch w tym całym bajzlu…

- Taak – odparła przeciągle, po czym dodała – Jaki on jest? – trochę zaskoczyło mnie to pytanie.

- Jest… Nerwowym melancholikiem. Tak w skrócie – powiedziałem po chwili.

- Feniks mówi mi, że pamiętasz swoich poprzedników, ich życie, wspomnienia są  częścią ciebie. Jak sobie z tym radzisz? – spytała zaciekawiona. Zmieszałem się, ale odpowiedziałem.

- Część z tych wspomnień dotyczy mojej rodziny. Więc nie jest tak źle. Ale część jest bardzo nieprzyjemna. Ci ludzie nie mieli zbyt szczęśliwego życia… – odpowiedziałem pochmurniejąc .

- Co widziałeś? – spytała przybliżając się.

- Oblężenie zamku, średniowiecznego. To było naprawdę dziwne…

- Hmm, życie potrafi zaskakiwać. Ja tak nie mam, Feniks nie posiada takich wspomnień. Ona jest taka odległa, taka obca. Taka inna, kosmiczna – w jej głosie słychać było nutę fascynacji i strachu zarazem.

- Hej wszystko będzie dobrze – powiedziałem pocieszając ją – Jakoś to wszystko ogarniemy, nie jesteśmy przecież sami. Prawda?- uśmiechnąłem się, Jean odwzajemniał uśmiech rozchmurzając się.

- Cieszę się, że jesteś z Rogue. Tworzycie naprawdę ładnie wyglądającą parę. Każdemu należy się trochę szczęścia.

- Mercy – uśmiechnąłem się – A tobie jak się układ ze Scottem? – spytałem podnosząc kosz, idąc korytarzem z Jean w stronę pralni.

- Są dobre i złe dni jak to w związku – odparła zdawkowo, pożegnaliśmy się przy pralni. Kto by pomyślał, że osobą która tak dobrze mnie zrozumie będzie idealna Jean – pomyślałem wkładając pranie do bębna pralki. Usłyszałem kroki, niemal odruchowo sprawdziłem Byakugan kto nadchodzi. Zdziwiłem się i to bardzo. Cóż za dzień dzisiaj mam… Do pralni wszedł przygarbiony Mastermind, przerwałem ustawianie pralki, mając już swoje standardowe czarno-czerwone oczy.

- Coś się stało? – spytałem przyglądając się starcowi.

- Magneto mnie przysłał po dokumenty – zaczął z ociąganiem, kłamał byłem tego pewien – Usłyszałem o tym co stało się podczas meczu.

- Tak i co?- wróciłem do ustawienia pralki.

- Jak to zrobiłeś?- spytał, podniosłem wzrok wzdychając – Pytam z czystej ciekawość. Jak stworzyłeś iluzję, tak doskonałą, że oszukałeś Feniksa.

- Jakoś mi się udało… – mruknąłem, pralka ruszyła z głośnym łoskotem.

- Trudno było? Jaką iluzję widziała? Zmieniłeś szczegół czy cały obraz, a może… – zaczął monolog, a ja czułem narastającą falę frustracji.

- Dość!- powiedziałem ostro – Nie mam ochoty o tym mówić. Zajmij się sobą – powiedziałem wymijając go w drzwiach. Staruch jednak nie odpuścił, szedł za mną cały czas.

- Wyngarde odpuść sobie – powiedziałem gdy zrównał się ze mną.

- Czemu nie powiesz? Co ci szkodzi… Udziel jakiejś rady, wskazówki cokolwiek, mamy podobne umiejętności. Pomóż proszę koledze z drużyny – ciągnął dalej. Tego za wiele, stanąłem przy wejściu na schody.

- Po pierwsze nie porównuj siebie do mnie. To mi uwłacza. Po drugie nie nazywaj mnie swoim kolegą – powiedziałem z naciskiem – Nic nas nie łączy, tylko sprawy, że się tak wyrażę zawodowe. Po trzecie odpieprz się, dobrze ci radzę – ruszyłem zostawiając zdenerwowanego Wyngarde na dole.

 

 

         Dziewczyny od razu po zakupach, zamknęły się wspólnej sali. Ciekawe co dla nas szykowały… Był już wieczór, Profesor z Magneto i Mistrzem nadal nie wracali. Gdzie ich wywiewa na tyle godzin? Siedzieliśmy w salonie zajęci własnymi sprawami. Gdy do pokoju weszły rozradowane dziewczyny. Był czymś bardzo podekscytowano, a w szczególności Bet, co przykuło moją uwagę.

- Panowie gotowi?- spytała Jean z uśmiechem na ustach.

- Zależy na co – odpowiedział Scott, odkładając skrypt.

- Chodźcie, a sami się przekonacie – powiedział Bet ruszając po schodach na górę, dziewczyny ruszyły za nią. Chłopacy stali, spoglądając na siebie. Wzruszyłem ramionami i jako pierwszy z chłopaków ruszyłem na górę. Dziewczyny już czekały na nas w sali. Powolnym krokiem zamyślony wszedłem do sali, gdy podniosłem wzrok wybuchłem nerwowym śmiechem. Co one wymyśliły?! Zacząłem mimowolnie przecierać oczy niedowierzając, powoli dochodziło do mnie co nas czekać. Chłopaki za mną stanęli jak wryci.

- Nie – powiedział krótko Scott, szykując się do wyjścia.

- Scott obiecaliście, że jeśli wygramy to zrobicie wszystko co tylko zechcemy!- powiedziała z wyrzutem Jean, Scott był niewzruszony.

- Mi tam nie zależy na twojej reputacji, ale jeśli tego nie zrobisz wyjdziesz na krzywoprzysięzcę i frajera – rzuciłem siadając na krześle, przyglądając się narzędziom przyszłej zbrodni.

- To uwłacza mężczyźnie – oburzył się Scott.

- Wrzuć na luz, nigdy nie zastawiałeś się jak to jest mieć to wszystko?!- powiedziałem przekonywająco, rzuciłem okiem na chłopaków – Chyba nie zostawicie mnie samego chłopaki, co?

- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – powiedział Piotr swoim niskim głosem, siadając obok mnie.

- A co mi tam – powiedział w końcu John – Może będzie zabawnie.

     Koniec końców wszyscy chłopacy zgodzili się. Usiedli przy wielkim stole, na którym leżała masa kosmetyków do makijażu, pędzli, gąbeczek, kredek, pomadek i błyszczyków.

- Jesteście bardzo dzielni chłopacy – powiedziało kilka dziewczyn dla dodania otuchy.

- Waszym pierwszym zadaniem będzie… – tu zrobiła przerwę Jean, dziewczyny zaczęły chichotać – Wykonanie makijażu! – zacząłem chichotać zakrywając ręką twarz, Pyro śmiał się w swój jedyny histeryczny sposób, Bobby z Kurtem marudzili, a Scott robił urażoną minę. Dziewczyny naszykowały nam przybory, połowy rzeczy nie znałem. Na koniec ustawiły na po lusterku. W powietrzu czuło się napięcie.

- Gotowi? Na sygnał zaczynacie. Macie zrobić sobie pełen makijaż to znaczy: podkład, konturowanie twarzy, róż, usta, rzęsy i kreskę na oku – powiedziała podekscytowana Jean.

- Go!- powiedziała Bet machając jak na wyścigach chusteczką.  Chłopacy zaczęli przeglądać rzeczy, czytając etykietki na produktach.

- Podkład do cery normalnej, tłustej i mieszanej – przeczytał na głos Iceman – Hmm cóż za specyfikacja.

- Od czego zacząć? – spytał Piotr.

- Ale ja mam futro!- obruszył się Kurt – Nie będę robił twarzy.

- Mała pomoc? – powiedziała Kitty uśmiechając się w stronę Piotra – Najpierw twarz potem oczy.

- No co ty? – odparła Rogue – Najpierw oczy, aby nie pobrudzić jej cieniami osypującymi się.

- Ile kobiet tyle opinii – mruknął Gambit, wybierając sobie kosmetyki – A ja mam warunek – dziewczyny skupiły na nim swój wzrok – Bet wiesz co masz przynieść – powiedział uśmiechając się – Bet kiwnęła głową i wyszła.

- Bezsensu, musimy to robić? – zaczął Scott.

- Wrzuć na luz – rzucił Pyro nabierając sporą ilość bronzera na pędzel. Po chwili przycisnął pędzel do twarzy robiąc ogromną brązowawo – pomarańczową plamę – Fack, mam nadzieję, że to się zmywa.

 

CDN.

Informacja

Przepraszam was. Praca magisterska mnie pochłania do reszty, ale nie długo w wielkich bólach powinna ukazać się nowa notka:) Trzymajcie kciuki i zachęcam do komentowania.

Nościele

 

 „Są takie zbiegi okoliczności, które przypominają wyrafinowany plan”.

 

Plan ze śniadaniem zadziałał. Atmosfera stała się, hmm przyjemna. O dziwo największe zmiany w moich relacjach zaszły z młodszą częścią Instytutu. Co chwila ktoś zagadywał mnie, gdy byłem w kuchni. Najczęściej były to prośby o powtórzenie śniadania, ale nie tylko, również o pomoc. Najczęściej w postaci korepetycji z języka francuskiego. Widać plotki o poprawie ocen z tego przedmiotu Rogue, rozniosły się. Były też prośby innego typu… Niektóre związane z treningiem, a w szczególności rozciąganiem, inne. No cóż, muszę dochować tajemnicy. Ale były ciekawe i… No dobra powiem wam. Dotyczyły wymykania się niepostrzeżenie z Instytutu. Ahh młodość…

- Śpisz? – usłyszałem jej uroczy, lekko skrzekliwy głos z południowym akcentem. Odwróciłem się na drugi bok, lekko uśmiechając się.

- Nie, odpoczywam – odparłem po francusku.

- Pai Mei z Loganem, dają ci pewnie niezły wycisk – mruknęła odkładając książkę, machając nogami.

- Jestem przyzwyczajony do takich treningów – odmruczałem, przybliżając się do niej z zamiarem pocałowania jej.

- A co z sesjami u Profesora? – spytała wertując mnie wzrokiem. Zamarłem, a twarz mi od razu skamieniała.

- Hmm- westchnąłem kładąc się na plecach, skupiając swój wzrok na suficie.

- Znowu nic nie powiesz – powiedziała niezadowolona, nie spuszczając ze mnie wzroku – Obiecałeś szczerość – powiedziała z wyrzutem po chwili.

- Rozdrapują stare rany… Nie chce o tym rozmawiać – odpowiedziałem cicho w nadziei, że odpuści.

- Na tym polega terapia. Rozmawia się o trudnych rzeczach, aby znaleźć ukojenie. Telepatia jest ściśle powiązana z emocjami i umysłem, dlatego tak ważne jest znalezienie wewnętrznej równowagi…

- Profesor karmi was takimi regułkami? – prychnąłem lekceważąco.

- Nie, to Jean ma takie zdanie. A ona od dłuższego czasu ma problemy ze swoimi mocami. Ale się nie poddaje – powiedziała oschle – I nie ma też innych w nosie, kiedy chcą jej udzielić pomocy. Ale ją przyjmuje – powiedziała z wyrzutem. Zacisnąłem zęby, urażony.

- Ale pewnie jej rodziny nie oskalpowano- wyrzuciłem z siebie wściekły na nią, wstając. Zatrzymała mnie na krawędzi jej łóżka.

- Jak to? – spytała cicho.

- Pogodziłem się ze śmiercią rodziny. Ale oni chcą to rozgrzebać we mnie – odparłem zmęczony. Przytuliła mnie, ciepło i zapach jej ciała, zadziały na mnie jak melisa. Poczułem ulgę.

 

 

 

Dwie godziny później.

Siedziałem na fotelu. Czekając na kolejną dawkę tortur. Trzecia sesja zapowiadało się jeszcze gorzej, niż dwie poprzednie. Skąd to wiem? Cóż, przeczucie, a to mnie rzadko zawodziło. Zresztą tendencja były tylko spadkowa. Próbowałem się rozluźnić, ale żadne techniki relaksacyjne nie pomagały. Moje napięcie i upór do utrudniania im pracy wręcz rósły. Pierwsza sesja nie była taka zła, może dlatego że prowadził ją Profesor i Mistrz. Może dlatego, że nie naciskali i nie pytali o rzeczy bolesne. Ale to się zmieniło, bo na drugiej dołączył Bestia z niewiadomego mi powodu. Pytania stały się krępujące i dociekliwe, a odpowiedzi na nie kosztowały mnie rozgrzebywaniem ran, które zagoiły się mimo blizn. Do trzeciej sesji został zaproszony Logan. Pięknie… Merde! Pięknie, wprost przecudownie, najlepiej niech od razu zaproszą cały Instytut.

- Jesteśmy w komplecie – zaczął Profesor – Jak samopoczucie? – spojrzałem na niego wymownie, spoglądając na Logana – Rozumiem, Logan jest nam potrzebny do ćwiczeń.

- Mam go przesądować?- prychnąłem.

-Nie, nawiązać z nim kontakt – poprawił mnie Profesor, mierząc mnie wzrokiem.

- Czemu, akurat on?

- Ponieważ twoja telepatia działa nieco inaczej od tej, którą znam…

- Boisz się, że go zabije?- wypaliłem bez zastanowienia, a gniew we mnie wzrastał – To po co te ćwiczenie? Wychodzę… – powiedziałem wstając oburzony.

- Zabraniam!- krzyknął Pai Mei, zatrzymując mnie przy drzwiach – Nie zachowuj się jak dziecko! Bo już dawno nim nie jesteś! – zaczął ostro, mierzyliśmy się wzrokiem przez chwilę – Wiem, że tego nie chcesz. Ale jest to konieczne, ja spełniam swoje obowiązki, teraz pora abyś ty zaczął je wypełniać – zdębiałem, w  jego głosie było coś co przykuło moją uwagę, a może nie mnie tylko coś innego. Może moje sumienie? Podświadomość? Obowiązek… Co to znaczy?

- Nie mogę nawiązać z tobą kontaktu od jakiegoś czasu- dodał cicho- Zamknąłeś swój umysł, zbudowałeś warownie wokół niego. Nie chce tego zmieniać, jeśli tego nie chcesz. Ale pomyśl, jakie drzwi się przed tobą otworzą. Jeśli zdołasz opanować tą umiejętność choćby na poziomie podstawowym. Nowe możliwości… – spuściłem na chwile wzrok, po chwili patrząc na niego z uśmiechem na ustach.

- Umysł jak jeden organizm… – mruknąłem, wracając na miejsce.

- Nie rozumiem?- spytał Profesor.

- Tak działa nasza telepatia – odrzekłem, pytania na ich twarzach -  Mojej rodziny. Wspomnienia, uczucia, pole widzenia są wspólne. W czasie połączenia – dodałem, a Profesor z Bestią wyczekiwali na moją dalszą opowieść. Pchnięty impulsem powiedziałem – Wielka zaleta w walce i w przekazywaniu informacji, ale też i wada… Duża, bolesna wada. Na przykład jak mordują całą twoją rodzinne – dodałem z chłodem w głosie – Najpierw wysyłając impuls, który powoduje uraz mózgu, boląc jak świder włożony w głowę, pozbawiający przytomności, zabijając młodszych i słabszych. Następnie czując, wszystkich na raz jak konają, walcząc o przetrwanie… A ty czujesz i widzisz to co oni! Czując jednocześnie własny ból i rozpacz! – wykrzyczałem ostanie słowa wzburzony, w sali zapadła  cicha. Logan z Mistrzem zachowali kamienne twarze, czego nie można było powiedzieć o Profesorze i Bestii.

- Nie mówiłeś mi…- zaczął Mistrz, zmieniając ton na przejęty.

- Że tyle pamiętam?!- prychnąłem, bawiąc się kartami, energicznie je tasując-  Pamiętam, chodź tego nie chce… – powiedziałem już zgaszonym głosem – Wspomnienia zaczynają wracać… Są jak błyski pioruna, nagłe, niespodziewane i z grzmiącym finałem. Tak samo jak wizje…

- Nadal je masz? – spytał Pai Mei ożywiony – Myślałem, że…

- Zniknęły?- wypaliłem – Nie, są ale bardziej znośne jakbym miał większa kontrole nad nimi. Jakbym miał wsparcie… – zamyśliłem się.

- Czego dotyczyły?- spytał mnie Profesor przybliżając się do mnie, tak samo jak pozostali.

- Różnych rzeczy, ale parę wizji sie powtarzało… Biały walący się budynek, drzwi, zamknięte drzwi, a raczej portal w podziemiach i płonący Nowy Jork…

- Za dwa tygodnie w Kapitolu jest pierwsze spotkanie w sprawie mutantów i innych ludzi obdarowanych oraz grup specjalnych takich jak Avengers – powiedział Profesor splatając dłonie.

- Będzie celem ataku terrorystycznego – powiedział Bestia – Charles nie możesz… – został uciszony ręką przez Profesora.

- Jakieś szczegóły? – dopytał, pokręciłem głową – A ten portal?

- Przeraża mnie, jest stary w jakiś podziemiach i wiem, że to co jest po drugiej stronie… – zająknąłem się – Musi zostać tam lub zostać pokonane, inaczej nic nie przeżyje…

- Nowy Jork?

- Ogień, wszędzie ogień i trupy… My, Avengers i ktoś jeszcze… Nie mogę sobie przypomnieć kto – zacząłem się frustrować ze swojej bezsilności.

- Ogień był psoniczny czy zwykły?- naciskał.

- Nie wiem – odrzekłem, czując na sobie wzrok wszystkich.

- To niezła nas czeka przyszłość – powiedział Logan zapalając cygaro.

- To przyszłość, która może nadejść, ale nie musi – powiedział Mistrz, patrząc na mnie. A ja poczułem, małą ulgę. Chodź po twarzach pozostałych, mogłem stwierdzić, że pewność siebie Mistrza ich nie przekonała – Dlatego pora na prawdziwy trening… – uśmiechnął się, a jego uśmiech wcale mi się nie podobał.

- To znaczy?- spytałem naiwnie.

- Darius miał rację, czas aby cię rozkręcić. Byłem temu przeciwny – powiedział z powagą – Nawet przekonałem Dariusa, że tak trzeba. Ale to ja się myliłem, nie on. Zablokowałem twoje bolesne wspomnienia, częściowo moc i…- przerwał, a moje serce a mało nie wyleciało z klatki – Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Chciałem ci umniejszyć cierpienia, pieczętując je. Abyś w koszmarach ich nie widział… Ponieważ myślałem, że jesteś zbyt słaby, aby podołać, ale teraz jestem pewien, że poradzisz sobie z nimi z naszą pomocą, tak samo jak i z mocą… – uczucia się we mnie mieszały – I z faktem, że członkowie twojej rodziny przetrwali… – powiedział z wyraźną ulgą, Profesor zamknął oczy przykrywając je dłonią, a moje serce nagle stanęło. Tak samo jak cała fala złości rosnąca we mnie, którą wywołał Mistrz. Rodzina wszystko przyćmiła. Pojawiły się te miłe uczucia, związane z rodziną, dzieciństwem, miłością matki i ojca, z rodzeństwem, z kuzynostwem, wspólną zabawą. Z ucieczkami poza domem, aby zobaczyć świat, ten inny, niedostępny świat, tak różny od tego którego znałem z zacisznego domu.

- Od jak dawna? – spytałem nadal wstrząśnięty.

- Od nie dawna – odparł – Trenowaliśmy cię i chroniliśmy z Dariusem myśląc, że jesteś ostatni. Ale, tak się nie stało. Nadal są ludzi wierni twojej rodzinie, gotowi oddać życie za ciebie i innych. Ludzie, którzy przysięgali na Ewę i na świętą Krew, którzy wierzą w proroctwo… Ostatnio ukruszyłeś pieczęć wiążącą mnie, wtedy gdy zatrzymałem twoją rękę. Spójrz i sam się przekonaj – powiedział przykucając przy moim fotelu z wyciągniętą prawą ręką, odsłaniając ją. Ukazując na niej szereg wzorów i symboli niczym spójny tatuaż, biegnący od  środkowego palca do łokcia, mieniący się koralami tęczy, który zaczął wydobywać się  ze skóry niczym ukryty artefakt.

- Nie możesz. Nie tak się umawialiśmy. Wtedy na rozmowie uzgadnialiśmy co innego! – usłyszał w głowie Pai Mei – Ja jestem wierny, wierze. I obiecałem jemu ojcu – odpowiedział, w tej chwili Remy złapał jego dłoń. Rozjarzyła się fioletowo-złotą aurą emanującą, zarówno z dłoni Gambita jak i Mistrza. Obaj zaczęli się wykrzywiać, po czym jęczeć z bólu.

- Co robimy?- spytał Logan z wyciągniętymi szponami.

- Nic, już jest za późno… – powiedział Profesor odsuwając się i zasłaniając ręką oczy przed rażącym światłem.

- Boże, co tu się wyprawia?!- wykrzyczał Bestia osłaniając Profesora przed wirującymi przedmiotami, które zaczęły latać wokół dwójki. W tym czasie Logan rozbijał większe przedmioty na mniejsze, chroniąc Bestie i Profesora przed latającymi meblami gabinetu  – Co oni robią? To miała być sesja terapeutyczna, a nie to. Czymkolwiek to jest… Jest to bardzo interesujące zjawisko, ale jakże niebezpieczne… I fascynujące… Ale czy nie powinniśmy…

- Tak Henk, już wezwałem – odparł Profesor z dłońmi na skroniach. Nagle wszystko ucichło. Przedmioty zaczęły delikatnie opadać. Dwójkę okalała niezwykła złota aura, która zaczęła się zmniejszać, aż znikła w ciele Gambita. Pai Mei powoli zaczynał się wybudzać.

- Coś ty najlepszego zrobił- powiedział z gniewem Profesor, podjeżdżając do Mistrza.

- To co było trzeba zrobić dawno temu… – wysapał Mistrz, pocierając prawą rękę. Remy nadal był nieprzytomny – Nadal nie złamał do końca pieczęci… – mruknął cicho, oceniając stan ręki.

- Nie konsultowałeś się z nami, ani z Gabriellem. Takie uwolnienie mocy wiąże się z ryzykiem. Wziąłeś pod uwagę, że mógł stracić kontrolę? Że mógł wyrządzić krzywdę innym lub sobie? Czy ty w ogóle to przemyślałeś? – wzburzył się Profesor.

- Mnie obowiązuje tylko jedna przysięga – powiedział butnie Mistrz wstając i układając w wygodniejszej pozycji Etienna na fotelu – Etiennn nie jest zagrożeniem, tylko naszą szansą, nadzieją…

- Powinniśmy go przebadać – zaproponował Bestia.

- Nadzieja się przebudza- wtrącił z warkotem Logan, stając obok Profesora. Atmosfera stała się napięta, Gambit zaczął się leniwie rozciągać, jak po długiej miłej drzemce. Na ten widok wszyscy wyraźnie się rozluźnili, porzucając wrogie nastawienie.

- Jak się czujesz? Coś ci dolega? Boli? – spytał jako pierwszy Bestia.

- Jestem trochę skołowany to wszystko – odpowiedział chłopak siadając w klasycznej pozycji na fotelu, pochylając głowę lekko w dół – Tyle informacji na raz i wspomnień, że mówiąc szczerze nie wiem co się dzieję. To przerażająco niezwykłe – dodał z tajemniczym uśmiechem na ustach – I… Teraz już rozumiem… Że nie jestem sam – powiedział patrząc tylko na Mistrza – Nie dziwię się, że wcześniej unikałeś rozmów na ten temat, bo zwyczajnie bym ci nie uwierzył… Ale teraz… Zorian mi wszystko wyjaśnił… I wie jak odnaleźć resztę – Mistrz nie ukrył zaskoczenia, które pojawiło się na jego twarzy, reszta zgromadzonych wyrażała mieszankę zaciekawienia i nierozumienia – Jest tyle do zrobienia, a czasu tak mało. Muszę jakoś dojść do Adriena, bez niego nie odnajdę drzewa i nie złamię do końca pieczęci i nie otworzę wielkiej biblioteki i… – złapał się za głowę, zakłopotany i przytłumiony nowymi informacjami.

- Zdajesz sobie sprawę, że jesteś nosicielem – powiedział wolno Profesor.

- Tak…- odpowiedział w  momencie, gdy do gabinetu weszli Magneto z Frost, oraz Jean ze Scottem.

- Charles wyzywałeś nas – powiedział Magneto z neutralnym tonem, chodź jego mina wskazywała na zupełnie co innego. Frost nie odrywała od niego wzroku.

- Widzę cię – powiedziała nagle Jean z uśmiechem na ustach. Scott spojrzał na nią z ukosa, tak samo jak reszta.

- Ja ciebie również… Ma Dame – odpowiedział Gambit, odwzajemniając uśmiech.

- Co tu się dzieje Profesorze? Gambit znowu ma problem ze swoimi mocami – zapytał Scott.

- Nie martw się, to spotkanie dawnych znajomych, nieprawdaż? – odpowiedziała zmienionym głosem Jean.

- Prawda. Chodź ta znajomość układała się różnie… – powiedział powoli Gambit rozsiadając się w fotelu.

- Ooo. To tylko drobne niesnaski – powiedziała lekko, Gambit prychnął wywracając oczami.

- Scott, Logan, Hank, wyjdźcie proszę – powiedział Profesor, z nakazem w głosie – Musimy wyjaśnić parę rzeczy – Trójka z ociąganiem wyszła. Jean usiadła na fotelu obok Gambita.

- Więc kto zacznie pierwszy? – spytał Magneto, patrząc na siedzącą dwójkę.

- Pozwolisz? – spytała Jean przechylając głowę w stronę Gambita.

- Oczywiście, panie przodem – odparł, schylając lekko głowę z zapraszającym ruchem ręki. Jean uśmiechnęła się po raz kolejny w dość nie typowym dla niej uśmiechu.

- Wasza planeta jest w niebezpieczeństwie. I to musicie sobie przyswoić. I to że, nie jesteśmy tylko ludźmi, mutantami czy innym cielesnym bytem. Ale czymś więcej, najprościej mówiąc jesteśmy, nosicielami astralnych bytów wyższych – zaczęła Jean z powagą – Jestem Jean Grey, ale też i Feniksem, to ja decyduję o losach planet i ewolucji, jestem strażniczką świętego kamienia Krana, a Remy, który jest nosicielem… – urwała nagle – Jakie imiona przyjęliście tym razem? – spytała Gambita.

- Zorian i Adrien – odpowiedział Gambit.

- Jest strażnikiem odpowiedzialnym za portal, który niebawem zostanie otworzony…

- Nadal w to nie wierze… – powiedział smętnie Gambit.

- Więc uwierz i słuchaj swojego wewnętrznego głosu. Widzę twoją wewnętrzną rozterkę. Nie ważne kim byłeś i co robiłeś, ale kim jesteś i kim możesz być – powiedziała kładąc rękę na prawym ramieniu Gambita – Jesteś od teraz odpowiedzialny za Ziemię i jej losy.

- A ty?- powiedział z wyrzutem.

- Ja nie zasiedzę się tu na długo, ta planeta jest moim przystankiem, jednym z wielu… Na trasie, którą odbędę. I chcę do niej wrócić, więc czas zacząć ratować tą planetę.

- Ratować? Dlaczego, co ma się takiego wydarzyć? – spytała Emma, zwracając swoją uwagę Jean.

- Ty jedyna nie wiesz… Ale oni też nie wiedzą wszystkiego. Na ziemi istnieje portal, który powstał przy jednej z koniunkcji sfer, wiele setek lat temu. Ten portal łączy wasz świat ze światem istot uznawanych tu za demony… – w sali zapanowało poruszanie – Demony te potrzebują żywiciel, ich ciał i energii życiowej. Opętują ich i żywią się nimi, po czym przechodzą do nowego nosiciela. To zagrożenie nie tylko dla tego świata, ale też i dla innych światów połączonych z nią jaki i dla innych pobliskich temu układowi galaktyk. Najpierw zaraza pochłonie Ziemię, aby później pochłonąć osiem pozostałych królestw Asgardu. W końcu cały ten wszechświat… – powiedziała z powagą sunąc spojrzenie po zgromadzonych.

- Co więc mamy zrobić? – spytał Profesor z pokora w głosie. Jean uśmiechnęła się władczo.

Historyczny czas

„Pokolenie, które ignoruje historię, nie ma przeszłości – ani przyszłości”.

Robert A. Heinlein

 

    Minęły dwa dni od pechowego treningu. Wszyscy względem jego osoby zachowywali się dziwnie. Unikali go, a gdy wchodził do pomieszczenia rozmowy natychmiast cichły. Po długiej rozmowie z Profesorem, Magneto i Mistrzem, poszedł na ugodę. Zgodził się na odstąpienie z udziału w akcjach i jak to Profesor określił na leczniczą rozmowę. Czytaj terapia na kozetce połączona z nauką telepatii.

- Merde… Jak mogło do tego dojść? To nie mieści się w głowie. Co się ze mną wyprawia. Mam zaniki pamięci, nowe moce i więcej kłopotów niż mogłem sobie kiedykolwiek wyobrazić – żali się sam sobie w myślach leżąc na łóżku. Olivier leżąc na jego klatce piersiowej, cicho pomrukiwał. Pogłaskał wolno kota po grzbiecie – I do tego Bet jest w ciąży. Ale to dobra wiadomością – uśmiechnął się – Z wielu powodów, teraz na pewno nie będzie nalegać na wyjazd. Przecież ciężarna kobieta nie będzie się wspinać – pokręcił głową – Myśl, myśl… Jak to naprawić? Albo chociaż sprawić, aby mnie tolerowali… Tak! To jest myśl najpierw śniadanie, a potem… Tak, trzeba dobrze to rozegrać… Masa psychologów nie może się mylić. Co prawda to nie jest w moim stylu i nie czuje się winny… Bo jestem pewny, że nie zrobiłbym tego o co mnie oskarżają, ale to może pomóc. Nie chce tego dla siebie jestem przyzwyczajony do krytyki, ale Rogue… Tak, w nią bardzo to uderzyło. Nie dają jej spokoju.

 Upewniony i podniesiony na duchu wstał, kładąc ostrożnie ospałego kota na poduszkę. Zerknął w lewo, na stolik z zegarkiem piąta rano. Zdążę pomyślał ubierając się.

 

Dzień wcześniej, rezydencja Aro.

Wylądowali po drugiej stronie portalu stworzonego przez Blink. Znaleźli się w zupełnie nowym miejscu. Stali pośrodku rozległego krużganka. Po ich prawej stronie roztaczała się przepaść, oddzielona skalną rzeźbioną balustradą, z prawej ograniczała ich lita skała. Byli nie wątpliwie w górach. Jak okiem sięgnąć widzieli rozległe lasy, a nad nimi górowały majestatyczne skalne turnie. Z oddali słyszeli szum wody. Rezydencja Aro mieściła się na zboczu góry, nad skrajem doliny w kształcie litery V.

- Nieźle się urządzili – mruknął Magneto, rozglądając się.

- Nikt po nas nie przyjdzie? – spytał Profesor.

- Oprowadzę was– odparł Pai Mei ruszając przed siebie. Po krótkim spacerze, spędzonym w ciszy weszli na wewnętrzny dziedziniec. Na samym jego środku, krzątał się średniego wzrostu młody mężczyzna, którego wcześniej nie spotkali. Stał pośrodku stosu desek i kłód pochylony nad ciężkim stołem stolarskim.

- Dzień dobry Szymonie – przywitał się, lekko kłaniając się młodzianowi.

- Wzajemnie – uśmiechnął się chłopak nie przerywając swojej pracy – Podasz mi tamten młotek? – Pai Mei bez słowa podał wskazany przedmiot. Parę stuknięć i drewniana okiennica była gotowa. Chłopak położył ręce na biodrach i z dumą podziwiał swoje dzieło. Profesor z Magneto zaczęli się niecierpliwić, co nie umknęło uwadze Szymonowi. Chodź stał tyłem do trójki, zdawał sobie sprawę z niecierpliwienia gości. Z uśmiechem na ustach odwrócił się.

- Przepraszam, za te niedogodności. Ale jesteśmy zawaleni robotą – przeprosił chłopak z europejskim akcentem – Mam na imię Szymon – przywitał się podając rękę Magneto i Profesorowi.

- Jesteś bardzo podobny do… – zaczął Magneto.

- Do Samsona – uśmiechnął się chłopak – To mój młodszy brat. Rzeczywiście byli bardzo podobni do siebie, Szymon był podobnego wzrostu i postury co brat z nagrania. Jego włosy był nieco ciemniejsze, bardziej szatynowe, ale oczy były identyczne. Tęczówki w kolorze henny, otoczone czarnym białkiem.

- Znaleźliście ich? – spytał się Pai Mei.

- Nawet mi nie mów… – westchnął chłopak. Jestem tu od tygodnia, a już mam dość… – Pai Mei ściągnął brwi.

- Lily?! – powiedział nagle Szymon, odwracając się.

- Ooo widzę, że naprawiłeś moje okiennice. Wielkie dzięki – powiedziała słodkim głosem dziewczyna, wieku około osiemnastu lat, przytulając chłopaka niczym pluszowego misia.

- A kim są ci ludzie? – spytała zaciekawiona puszczając Szymona.

- Jesteśmy waszymi sojusznikami. Razem Eric’em prowadzę szkołę dla mutantów. Jestem Profesor Charles Xavier – przedstawił się pogodnie Profesor. Dziewczyna szeroko się uśmiechnęła.

- Jest tu?! – powiedziała podekscytowanym głosem, rozglądając się – nie czuje go.

- Lily – powiedział z naciskiem Szymon – Już Miteandir ci to tłumaczył – Dziewczyna wyraźnie spochmurniała, opuszczając głowę. Magneto z Profesorem rozmawiali telepatycznie korzystając z okazji. Dziewczyna z pewnością była siostrą, pochmurnej Azjatki. Dziewczyna była niższa i drobniejsza od siostry, miała również długie czarne włosy. Ale jej oczy były inne jakby cały czas zamglone.

- Gdzie jest Miteandrir Gabriell? To z nim mamy się widzieć – powiedział Magneto nie spuszczając z oczu Lily.

- Już prowadzę – odparł Szymon biorąc pod pachę okiennice. Weszli do zamku wykutego w litej skale. Wszystkie sklepienia i kolumny w jego wnętrzu były misternie wyrzeźbione.

- Niesamowita architektura, wygląda tak lekko, a przecież to lita skała – zagadał Profesor.

- Dziękuję, parę pokoleń mojej rodziny nad tym miejscem pracowało – podziękował pogodnie chłopak.

- Używaliście dynamitu?

- Nie rozumiem – zmarszczył czoło Szymon.

- Ten zamek jest wbudowany w górę. Więc musieliście jakoś wyburzać, aby uzyskać tak obszerne i wysokie sklepienia – ciągnął Profesor.

- Nie, my tkamy – odparł chłopak, Magneto i Profesor zatrzymali się rozglądając.

- Jak stary jest ten zamek? – spytał Magneto.

- Chyba… Tak coś X wiek, przez wszystkie pokolenia był przebudowywany, aż do dzisiejszego stanu.

- Wasza rodzina już wtedy posiadała moc? – powiedział zaskoczony Magneto.

- Tak – odparł chłopak – A nawet wcześniej. W końcu mówią o nas Starsza Krew.

- Niesamowite…

- Szymonie, macie jakieś kłopoty? – spytał Pai Mei, równając się chłopakiem, kontynuując podróż.

- Wiesz masa roboty… Ze strażnika zostałem zdegradowany do poziomu nadwornego cieśli i myśliwego… – westchnął chłopak. Dziewczyna zaczęła przysłuchiwać się z uwagą.

- Tylko to? – nie dawał za wygraną.

- To przez Axela – powiedziała w końcu dziewczyna, z nie miła nutą w głosie.

- Jeszcze ktoś tu dotarł? To chyba dobrze, nie? Wasze rody z tego co wiem, się dobrze dogadują od wiadomych wydarzeń – powiedział Mistrz wolno przesuwając palce po brodzie.

- Pewnie nie wiesz o kogo chodzi – mruknął Szymon – więc cię uświadomię. Trzy dni temu zjawił się tu Axel starszy brat Alucarda, syn Minerwy i …

- Constantina – dokończył Pai Mei, a jego głos nagle się zmienił – myślałem, że on jako…

- Tak powinien był, ale jego matka mu uratowała skórę. Pieprzony skurwiel, ze wszystkich członków naszej rodziny, akurat on musiał przeżyć atak na nas – przeklął Szymon, zaciskając pięści po chwili uspokajając się  i dodając  - Dalej prosto i w prawo do głównej sali. Do zobaczenia Biały Lotosie – powiedział lekko pochylając się i znikając z Lily za zakrętem jednego z korytarzy.

- Zapowiada się ciekawie – mruknął Magneto.

       Weszli do podłużnej sali, przypominającą kombinacje sali tronowej oraz refektarza klasztornego pokrytego sklepieniem krzyżowym. Po środku sali stał długi kamienny stół, na jego końcu w wózku siedział Miteandir Gabriell z Aurelią u boku. Siedzieli nad stertą starych ksiąg.

- Witajcie – usłyszeli echo z końca sali,  Gabriell z Aurelią u boku wyszli im na przód.

- Coraz lepiej pan wygląda – przywitał się Profesor ściskając dłoń.

- Dziękuje, ale mówcie mi Aro – uśmiechnął się czarnowłosy – Co was do mnie sprowadza? Prosiłeś o pilne spotkanie – zwrócił się do Mistrza.

- Wiem, że to nie odpowiednia pora. Masz dużo na głowie – zaczął niepewnie – Ale to dotyczy Etienna – Aro wyraźnie spoważniał.

- Co się stało?- zapytał podenerwowanym głosem – Mogę zobaczyć? – Mistrz kiwnął głową przymykając oczy.

- To wielce niepokojące…

- Co się stało mój drogi? – spytała Aurelia.

- Najwidoczniej teoria Hamdala jest prawdziwa…

- Nie jesteśmy w temacie – dodał Profesor, splatając dłonie. Aro na chwile zamarł w bezruchu. Po chwili wskazał ręką na ciężkie krzesła. Usiedli czekając na wyjaśnienia.

- Wiecie, panowie, po czym poznać, że czas jest historyczny? A po tym, że dzieje się dużo i szybko, tak jak teraz – zaczął Aro – Końca świata, jak się rzekło, nie było. Ani w 1420 ani 2012 ani innych czasach.  Choć wiele wskazywało na to, że nastąpi. Były ogromne krwawe wojny, zarazy, klęski żywiołowe, człowiek człowiekowi wilkiem był – Magneto lekko prychnął -  Wydawało się, że zbliża  się Apokalipsa. Że czterech straszliwych jeźdźców tylko wypatrywać wśród pożarów i śmierci– Magneto lekko odkaszlnął -  Że już-już, a zagrzmią trąby i złamane zostaną pieczecie. Że runie ogień z niebios. Ze spadnie Gwiazda Piołun na trzecia cześć rzek i na źródła wód… Jak się rzekło koniec świata  nie nastąpił… – powiedział z powagą, po chwili dodając z grozą w głosie – Ale może nastąpić i to nie tylko koniec tego świata… – Profesor i Magneto wciągnęli słyszalnie powietrze.

- Dlaczego? – spytał Magneto – Co ma nastąpić?

- Nasza rodzina wierzy, że nic nie dzieje się przez przypadek, że los i przeznaczenie istnieją i są kierowane wyższą siłą. Że światy są połączone, że nie jesteśmy sami. I że są osoby wyznaczone, które mogą przesądzić czy dany świat zostanie przy życiu lub nie… Nasi przodkowie od lat chronią i pieczętują pewien portal, który powstał zanim jeszcze człowiek był rozumną istotą, zanim stworzył wielkie budowle i stworzył cywilizację. Zanim zaczął niszczyć swój świat… Według naszych podań nasza rodzina pochodzi od jednej osoby, dokładnie tej która zapieczętowała portal w czasach starożytnych przed Chrystusem. Osoba ta była wcieleniem, idealnej równowagi – złączył koniuszki palców – Tak samo dobra co zła, Yin i Yang. Ale w wyniku walki z siłami zła pochodzących z portalu, została rozdzielony na dwie części.

- I to jest teoria Hamdala – powiedział Profesor zamyślony – Że teraz żyją, dwa byty, które kiedyś stanowiły jedność.

- Dokładanie i dążą do ponownego zjednoczenia – powiedział zaskoczony Aro – Gratuluje dedukcji.

- Ta osoba i jej części to postacie astralne? – Aro kiwnął głową – Wyższe byty, szukające odpowiednich nosicieli.

- Dokładnie, jestem naprawdę zdumiony pańską wiedzą. Skąd? – spytał Aro marszcząc czoło.

- Ponieważ moja uczennica, podczas sesji telepatycznych, wykazuje podobnie odmienne zachowanie co pański bratanek. Jest na ogół osobą spokojną, zrównoważoną, opanowaną, ale ostatnio miewa problemy z mocą i jej zachowanie zaczyna budzić niepokój.

- Jakie posiada moce? – spytała Aurelia.

- Jest telepatką i telekinetyczką – Aurelia i Aro wymienili się spojrzeniami.

- Czasy historyczne… – mruknęła pochmurno Aurelia – I nadszedł czas sądu… Nienawidzę kiedy przepowiednie widzących się spełniają – powiedziała drżącym głosem – Feniks powrócił…

 

Dzisiejszy poranek. Kuchnia Instytutu dla uzdolnionej młodzieży Charles Xaviera.

- Kogo u licha nawiedziło, aby wstawać o tej godzinie – pomyślał Wolverin, odpalając cygaro i schodząc po schodach na hol. Po chwili węszenia i nasłuchiwania odgłosów z kuchni, był już pewien, kto jest porannym ptaszkiem. Stanął oparty o framugę kuchennych drzwi, obserwując krzątającego się rannego ptaszka. Przygotowywał śniadanie, na uszach miał założone słuchawki z których dochodziła jazzowa muzyka.

- Puszczalska czy sypana – powiedział nagle nie przerywając smażenia naleśników.

- Sypana… – wymruczał z lekką chrypą, podchodząc. Chłopak zdjął słuchawki,  nasypał kawy i zalał ją zimną wodą.

- Cukrem i mlekiem?

- Czarną – odpowiedział. Po chwili Gambit, obrócił się z kubkiem w ręku, w jednej sekundzie kubek zajarzył się jego mocą. Wolverin momentalnie spiął się gotowy na wszystko. Ale atak nie nastąpił, chłopak z lekkim uśmiechem podał mu gorącą, parującą kawę do dłoni. Wolverin spojrzał na zawartość kubka, wciągając zapach świeżo sparzonej kawy w nozdrza. Po chwili upijając łyk.

- Niezła sztuczka – prychnął pijąc kawę – Ile kubków rozwaliłeś za nim ci się udało?

- Około dwustu – powiedział wracając do robienia naleśników, sterta była już imponująca – I jeden za dużo – dodał po chwili z lekkim rozbawieniem.

- Rozwaliłeś komuś ulubiony kubek? – zagadał Wolverin.

- Tak, uzdrowicielce z mojej Gildii – powiedział wesoło – dostałem chochlą w łeb – zarechotał z kwaśną miną.

- Jak już robisz dla wszystkich śniadanie, to zrób mi coś bardziej sytego. Niektórzy się tym nie najedzą – dodał znad porannej gazety, lustrując stertę naleśników, kanapek i dzbanków ze świeżo wyciśniętym sokiem. Chłopak po chwili namysłu, zaczął wyciągać nowe rzeczy z lodówki – Spać nie możesz? Czy sumienie cię gryzie? – dodał z satysfakcją w głosie.

- Spać nie możesz czy pokłóciłeś się z Ororo – odbił piłkę ze złośliwym uśmieszkiem Cejun. Wolverin zaśmiał się z warkotem, ale jego spojrzenie mówiło samo za siebie.

- Jak się spisuje nowa grupa? – zmienił temat, Wolverin odłożył gazetę.

- Dobrze, choć są drobne zgrzyty. Profesor załatwia poszukiwanym nowe miejscówki, a Magneto tożsamości. Twoja lista ułatwiła nam robotę – powiedział wolno – Hydra na razie zaprzestała łapanek.

- Bien – mruknął. Wolverin przez chwile najwyraźniej zastanawiał się  nad powiedzeniem czegoś, ale zrezygnował. Wyszedł bez słowa na tras. Paląc kolejne cygaro. W tej chwili chłopak przypomniał sobie o babeczkach w piekarniku. Zamyślony zapomniał o najważniejszym…

 

 

Parę minut później.

- Coś się przypaliło – warknął Wolverin wchodząc do kuchni.

- Nie, tylko zarumieniło… – odparł Gambit, Logan zerknął na tacę z babeczkami, nie one były źródłem spalenizny… Gambit stał do niego plecami, myjąc miski i inne naczynia. Podszedł do niego opierając się o blat kuchenny.

- Babeczki są zrobione w punkt – powiedział wolno Wolverin, obserwując dłonie chłopaka. Chłopak podniósł wzrok, na ułamek sekund nie zdążył zapanować nad twarzą, co Wolverin wyłapał. W jednym ruchu złapał go za lewą dłoń wykręcając ją silne w tył, chłopak jęknął z ból, ale już szykował się do obronny. Znając zwinność Cejuna, przyparł swoją masą chłopaka do blatu, blokując swoimi nogami jego. Drugą rękę również mu wykręcił, chłopak został unieruchomiony, a jego głowa spoczywała na blacie pomiędzy kawałkiem boczku i nożem kuchennym.

- Pervert! – wykrztusił Cejun, szarpiąc się.

- Dosyć tych tajemnic i kłamstw – warknął oglądając z uwagą dłonie Cejuna. Nic na nich nie było, były tylko lekko zaczerwienione i mokre od wody – Hmm.

- Logan!?-  usłyszeli nagle głos Profesora, Wolverin obejrzał się na zaniepokojonego mentora. Co w mgnieniu oka wykorzystał Gambit, odepchnął się z całej sił nogami od blatu, przewracając siebie i Wolverina w tył, na krzesło stające przy ławie kuchennej. Wolverin upadł roztrzaskując swoim ciężkim ciałem krzesło, a jego uścisk zelżał na tyle, że chłopak zdołał się uwolnić.

- O nie… – wycedził Wolverin wolno cedząc słowa, wysuwając swoje szpony, w w chwili gdy Cejun wstawał opierając się na prawej dłoni. Jeden zamach, trzy ślady. Chłopak krzyknął z bólu łapiąc się za prawe przedramię, z którego lała się obficie krew.

- Oszalałeś ?! – wykrzyknął zdenerwowany Profesor – Zaraz wezmę Hanka, będzie trzeba szyć…

- Nie Chuck, nie będzie trzeba. Prawda? – powiedział do chłopaka, Gambit milczał trzymając się za ranę. Oddychał głośno wciągając i wypuszczając nosem powietrze. W mgnieniu oka z pod ręki przestała lecieć krew.

- Zadowolony?! – wyrzucił wściekle odsłaniając ręką ranę, która na ich oczach zaczynała się spajać, a trzy ślad szponów Wolverina zanikały w czerwonej i lekko popuchniętej skórze. Żyłki na zewnętrznej stronie ramienia zmieniły kolor z zielonego na krwisto szkarłatny…

- Wiedziałem – wysapał Wolverin – Od początku coś nie pasowało. Gdy straciłeś kontrolę, Pai Mei nie bał się ciebie postrzelić w szyję…

- Regenerujesz się – powiedział wolno Profesor – Od jak dawna? – chłopak obrócił się na pięcie.

- Sami jedźcie sobie to śniadanie…

-Zaczekaj – zawołał Profesor, chłopak nie posłuchał wybiegając na taras, Wolverin zerwał się – Nie! Zabraniam! Już dość, dolałeś oliwy do ognia, wystarczy –  Do kuchni wbiegł Bestia jeszcze w piżamie z torbą medyczną w ręce.

- Mocno krwawi – powiedział oglądając podłogę i ślady krwawych dłoni na blacie – Jak mogłeś? – dodał z wyrzutem w stronę Wolverina – A ja myślałem, że to we mnie siedzi dzika bestia. Gdzie on jest?- dodał rozglądając się.

 

 

Godzinę później, jadalnia.

- Obczajcie to! – rozległ się entuzjastyczny głos Iceman’a, wchodząc jako pierwszy do jadalni.

- Ktoś ma dzisiaj urodziny? – spytała Amara, spoglądając na kolegów i koleżanki. Ci pokręcili przecząco głowami.

- Może jest jakieś święto? – spytała Jubilee.

- Mamy dwudziesty czerwca, w ten dzień raczej nie ma świąt… – odparła Amara siadając przy stole.

- Imieniny obchodzą: Albert, Baltazar, Bogna, Jan – zaczął czytać z komórki Sunspot – w Argentynie jest dzień flagi, jest dziś miedzy narodowy dzień uchodźcy, dzień męczenników w Erytrea’nie.

- Nie, to nie to… – odparły dziewczyny.

- Erytrea? Takie państwo w ogóle istnieje? – zdziwił się Iceman.

- Tak, leży w Afryce Wschodniej i  graniczy z Etiopią, Dżibuti i Sudanem – powiedział Sunspot czytając z komórki. Do sali weszła reszta rezydentów instytutu,  ich wyraz twarzy świadczył o  takim samym zaskoczeniu co młodszego towarzystwa.

- Z jakiej to okazji, mamy przygotowane tak pyszne śniadanie? – spytała młodsza córka Magneto, Polaris.

- Nie wiemy- odpowiedziało kilkoro osób. Po krótkiej i bezowocnej próbie dowiedzenia się kto i z jakiego powodu przygotował dla nich tak obfite i pyszne śniadanie, usiedli. Czekając na nauczycieli. Do jadalni weszła grupa nauczycieli oraz Profesor z Magneto, Mistrza i Gambita nie było widać. White Quenn nocowała poza instytutem.

- Dzień dobry – rzekł Profesor zasiadając na środku stołu, w sali rozległ się pogłos odpowiedzi  – Pewnie wielu z was, zastanawia się, kto przyrządził dla nas to śniadanie – wszelkie szepty ucichły – Mianowicie Gambit – w jadalni rozległ się szum, Profesor podniósł rękę, szum ucichł – Chciał w ten sposób wynagrodzić nam ostatnie dość nerwowe dni. Jako wspólnota, a co najważniejsze mutanci powinniśmy zrozumieć, iż nie zawsze moc da się kontrolować.  I, że nie zawsze to co widać, jest tym na co wygląda. Nie wyciągajmy więc pochopnych wniosków. Rozmawiałem z nim i jestem tego pewien, że incydent z bractwem nie miał absolutnie groźnego podłoża. Napastnicy byli poobijani i rozbrojeni, a Celebro ocalało dzięki jego pomocy. Macie moje słowo, że to co wyglądało na próbę zabójstwa Avalanche, było tylko efektownym zastraszeniem. Więc nie życzę sobie, żadnych niestosownych  zachowań, ani drwin skierowanych w jego osobę – parę osób zaszeptało, inne obserwowały Profesora z kamienną twarzą – Zrozumiano?

- Tak – rozległ się szum.

- A profesor Logan, oficjalnie przeprosi Gambita, za swoje poranne zachowanie – dodał patrząc wprost na Wolverina, który wyglądał jakby miał zaraz dostać ataku szału – oczywiście jak wróci.

- Rozumiemy się? – dodał kierując słowa do Wolverina.

- Jassne… – wykrztusił, patrząc z pode łba  -  Chuck.  Zaczęło się śniadanie, stukot talerzy, brzęk sztućców  i rozmowy. Bardziej lub mnie związane z przemową Profesora.

- To jest pyszne – ktoś powiedział jedząc zapiekankę.

- Jakie lekkie te naleśniki – wymruczała jedna z dziewczyn rozmarzonym głosem.

- Widziałaś go? – spytała Rogue Bet,  zaniepokojona.

- Nie, ubierałam Gabriell – myślałam, że będzie na śniadaniu.

- Ciekawe co Logan zrobił… – powiedziała lodowatym głosem Rogue, spoglądając na swojego nauczyciela, którego srodze opieprzała Ororo – Mam nadzieję, że nie doszło do kolejnej walki pomiędzy nimi…

- Na to bym stawiała – mruknęła Bet, krojąc na kawałki naleśnika z serkiem małej.

 

Minęło dwadzieścia minut, część osób już wyszła, w tym sporo młodzieży zaczynającej wcześniej lekcje.

- Boby zaraz spóźnisz się na lekcje – napomknęła Jean.

- Mam jeszcze czas, a ta zapiekanka jest świetna. Niech gotuje codziennie – powiedział chłopak, wpychając w pośpiechu do ust już wystygłą potrawę.

- Tyle się napracował, a sam pewnie jeszcze śniadania nie zjadł… – mruknęła Jean, dokańczając sałatkę owocową z jogurtem i płatkami musli.

- Idzie – szepnęła Kitty. Cała sala jak na zawołanie obróciła się od stołu. Szedł w granatowym T-schirt’cie z mokrym włosami, jak gdyby nigdy nic. Usiadł pomiędzy Rogue i Bet. Profesor wymownie spojrzał na Logana, A ten z ociąganiem wstał.

- Rano mnie trochę poniosło… Wybacz – wycedził stając nad Cejunem. Gambit nie odwrócił się.

- Taa – odburczał Gambit.

- Loganie – powiedział z naciskiem Profesor. Logan przewrócił oczami i zawarczał.

- Przepraszam… – powiedział z naciskiem, chłopak się nie odwrócił.

- Przeprosiny przyjęte – powiedział ozięble nie odwracając się.

- Na pewno? – warknął Logan.

- Taak – powiedział przeciągle, po chwili dodając z lekką drwina w głosie  Chociaż? Nie, zaczekaj – wstał skręcając ciało w lewą stronę i wymierzając cios w szczękę Wolverina. Jego ręka emanowała energią, Wolverin padł na podłogę parę metrów dalej. Gambit po chwili szpetnie zaklął, łapiąc się za prawą rękę. A jego usta poruszały się tworząc niemą wiązankę, bólu i wyrazów nie nadających się do upublicznienia. Wolverin rozcierając policzek zaczął się śmiać.

- Merde! Niech cię szlag, nie mogli zrobić cię z plastiku lub innego gówna?! – wykrztusił trzymając prawą pieść w lewej. Wolverin nadal się śmiał w najlepsze, reszta osób zachowała grobową ciszę. Po chwili poczuł lekkie, szturchnięcie. Odwrócił głowę w stronę stołu, Iceman z dziewczynami przysunęły się do niego, podając mu pustą misę po sałatce ze śniadania, po chwili Iceman wypełnił ją kostkami lodu. Z nieukrywaną ulgą, zatopił obolała dłoń w misce, zamykając na chwile oczy. Wolverin nie zaprzestał rechotu.

- I tak ci dokopię – wykrztusił, po chwili zaczynając się sam śmiać z sytuacji – To naprawdę boli – dodał.

- Mnie też młody…

 

 

 

 

Dwa oblicza świąt – bonus.

 

Rodzina, rodzina, rodzina, ach rodzina.
Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest,
Lecz kiedy jej nima
Samotnyś jak pies.

Miał willę z ogródkiem
l garaż, i auto,
Że każdy, co nie ma,
Zaraz by mieć chciał to.
l wizję, i fonię, i pralkę, i frak …
Więc czego, ach czego, ach czego mu brak?

Rodziny, rodziny…

Pięć lat dostał skutkiem
Tej willi z ogródkiem.
Spokojnie mijają
Mu w celi czyściutkiej.
Lektura, spacery, wikt niezły ma smak.
Więc czego, ach czego, ach czego mu brak?

Rodziny, rodziny…

 

Kabaret starszych panów- Rodzina.

 

 

21 grudnia Nowy Orlean siedem lat temu…

Siedział na parapecie wyglądając przez okno ze swojego pokoju. Na dworze lało, było duszno i parno, a do tego dość ciepło 18*C. Zbliżał się okres, w roku który najbardziej nienawidził…  Usłyszał pukanie do drzwi. Nie obracając głowy powiedział – wejdź.

- Od rana tu siedzisz? – spytał jego opiekun podchodząc do niego.

- A co mam robić? Na dworze leje… – odparł nie przerywając obserwacji.

- Tante Mattie jest zajęta. Kazała mi zmienić ci opatrunki…

- Zajęta łataniem zabójców… Jean już dostaje szału – mruknął nie zmieniając pozycji.

- Widzę, że humorek dopisuje od rana – mruknął kładąc na łóżku opatrunki i maść – Zejdź. Chłopak pomału i bardzo ostrożnie zszedł, stając przed opiekunem. Powoli podciągnął t-schirt do góry, ukazując spory bandaż oplatający brzuch. Darius powoli odwiązał  bandaż, zostawiając tylko gazę. Chłopak odwrócił  wzrok. Opiekun jednym zdecydowanym , ale nie gwałtownym ruchem usunął przyklejoną gazę, oglądając ją. Gambit lekko syknął.

- Bałem się, że będzie jeszcze ropa, ale na szczęście rana goi się jak na psie – powiedział zadowolony.

- Wolę koty -mruknął chłopak oceniając ranę – Ale blizna będzie…

- Jean nie pozwoli ci… Kła już wyrzucił – zaczął czyść ranę.

- Wiem… – powiedział cicho, dodając po chwili – Tante Mattie nie ma sobie równych w leczeniu, nigdy jej nie doścignę.

- To zależy tylko od ciebie – powiedział uśmiechając się i nakładając maść – Myślałeś kiedyś o studiach? – Chłopak lekko parsknął.

- Żartujesz? – powiedział z ironią – Ja i studia, nie rozśmieszaj mnie, to boli. Nigdy się z stąd nie wyrwę… – spochmurniał – A nawet gdybym mógł, będą mnie szukać inni…  – Opiekun spojrzał na niego, spuszczając po chwili wzrok.

- Za rok postaram się, żebyś mógł spędzić święta z nami – powiedział zawiązując świeży bandaż.

- Taa… – mruknął, opuszczając koszulkę – Dzięki. Na długo jedziecie?

- Wracamy po sylwestrze. Moja żona spodziewa się dziecka, muszę wykazać się zainteresowaniem, bo wykopie mnie w święta na bruk – zaśmiał się. Gambit lekko się uśmiechnął.

- To dobrze, że zaczyna się pomiędzy wami układać. Na kiedy jest termin? – spytał rozchmurzając się trochę.

- Piętnasty czerwca, kolejna dziewczynka – powiedział rozmarzonym głosem. – Bym zapomniał, odleciałem – dodał wyciągając za pleców małą paczkę opakowaną w świąteczny papier.

- Dlaczego zawsze od ciebie dostaje prezent właśnie w ten dzień? – spytał przyjmując prezent. Darius uśmiechnął ściskając go – Wszystkiego najlepszego…

 

 

Trzy godziny później.

- Trzymaj się łobuzie i nie dokuczaj siostrze – przytuliłem  Bet żegnając się z nią.

- Ty również uważaj na siebie – powiedziała odwzajemniając uścisk – Szkoda, że nie możesz jechać z nami…

- Może za rok… – mruknąłem.

- Hej pośpieszcie się, jak mam was zawieść na lotnisko – usłyszeli za sobą głos Saszy – Wiecie jakie korki są na mieście, nie migdalić się. Bo wzmaga to moje pragnienie.

- Nie piłeś, prawda? – upewnił się Darius trzymając torbę podróżną w ręku.

- Nie piłem od wczoraj, proszę pana. Więc się śpieszcie, albo taksówkę zamówcie… Bo suszy mnie… – sapnął Rosjanin, przy drzwiach.

- Nie zrób niczego głupiego,  proszę cię  tylko o to – powiedział Darius podchodząc do mnie – Trzymaj się – uścisnął mnie na pożegnanie.

- Paa, wesołych świąt – rzuciła Beatric wychodząc za ojcem. Prychnąłem, taa na pewno będą… Wyszedłem za nimi na zewnątrz, odprowadzając ich wzrokiem i machając na pożegnanie, stałem tak chwile, aż światło samochodu znikło za ścianą drzew.

 

 

Pierwszy dzień apokalipsy… Wigilia.

Od godziny jadłem, a raczej wmuszałem w siebie jedzenie. Świąteczny obiad  zrobiony przeze mnie i Tante Mattie był wyśmienity, ale jedzenie za boga nie wchodziło. Może to przez atmosferę panującą od paru dni.

- Goi się? – spytał Jean już lekko podpity, nie podniosłem wzroku przeżuwając zieloną fasolkę z zapiekanki. Cóż  nawet tak Francuzki i tradycyjny dom jak ten, nie oparł się Amerykanizacji – Brzuch – dodał już nieco natarczywie.

- Tak – odpowiedziałem zdawko przerywając jedzenie, czując narastającą falę mdłości.

- Mattie kiedy będzie gotowy wrócić do pracy? – spytał się Jean, odwracając głowę do naszej uzdrowicielki – Dużo zleceń jest, chłopaki się nie wyrabiają.

- To rana postrzałowa, potrzebuje czasu. Gdy się człowiek spieszy to się diabeł cieszy, mój Drogi– odparła murzynka nakładając sobie wędzonego łososia – To był ciężki i pracowity rok, powinieneś dać mu wolne na dłuższy czas – zaproponowała uśmiechając się do mnie, a ja w duchu błagałem, aby przestała.

- Co o tym sądzisz Henri? – spytała mojego brata, a on wlepił wzrok w niedojedzonego indyka nadzianego jadalnym kasztanami.

- Co on o tym sądzi? – prychnął Jean nalewając sobie nową porcję wina – On nie ma nic do gadania. Po ostatnim włamaniu zastanawiam się czy,  aby na pewno jest moim synem. Bo zaczynam się zastanawiać, czy nie spłodził go jakiś przypadkowy przechodzień!

- To nie jego wina… – mruknąłem cicho w obronie brata.

- A właśnie, że jego. Straciłem zlecenie na całą bańkę! – wrzasnął roztrząsając wokół wino z kieliszka – Gdybym posłał  tam ciebie, do takiej sytuacji w ogóle by nie doszło.

- Jak tak możesz mówić … – oburzyła cię Mettie – Przecież twoja żona…

- Moja żona nie żyje od dawna! Spokój jej duszy – powiedział krótko, wypijając na raz zawartość kieliszka. Przełknąłem ślinę z goryczą żółci. Rodzinnej tradycji nadszedł czas! Kolejno, zapadnie długa niezręczna cisza, podczas której Jean się śpije, następnie zacznie prawić gorzkie żale wspominając swoją żonę i jej śmierć, a następnie nagromadzoną złość i żal z całego roku przeniesie na nas… Najpierw zacznie  od Henri’ego, a w największej furii na mnie… Wesołych świąt…

 

 

Drugi dzień apokalipsy – Boże Narodzenie ze zjazdem rodzinnym i wszelakich osób powiązanych z nią… Czytaj zjazd ludzi, którzy nie lubią mnie, a ja ich. Ale wszyscy udajemy, że jest inaczej… Bardziej lub mniej.

 

Siedziałem jak zwykle na parapecie w swoim pokoju, paląc skręta. Jedyny plus bycia uczulonym na środki przeciw bólowe to to że nikt nie czepia się jak palę… Rana i żołądek przestały boleć, a i humor się poprawia po dobrym zielu. Ubrany czekałem, aż przyjedzie ta hołota zwana rodziną… Długo nie musiałem czekać… Z okna pokoju zobaczyłem sznur wypasionych samochodów pod eskortą  ochroniarzy na motocyklach. A z dołu usłyszałem wołanie Jeana. Przybierając wyuczony sztuczny uśmiech zszedłem na dół, trzymając się misternie rzeźbionej w drewnie balustrady.  U podnóża schodów, w holu rozlało się całe to towarzystwo… Jean zaczął już grać, komplementując wygląd ciotki Myriam, która była ubrana w paskudną i za małą sukienkę, z przewieszonym martwym lisem na szyi. Swoją drogą nigdy nie mogłem pojąć, jak tak paskudna kobieta zarówno pod względem zewnętrznym jak i wewnętrznym, zdoła wyjść za mąż sześć razy! Szok, na samą myśl dostaje drgawek. Aktualny szósty mąż to starszy i miły gość, handlujący bronią z Rosjanami. Następna w kolejce była seniorka rodu, jak się przyjęło ze względu na jej wiek. Kim tak naprawdę była? Nigdy nie mogłem zapamiętać… Ale na pewno była jedną z osób, których  nie chciałbym bliżej poznać… Jest taka… Brakuje mi określenia… Aaa no tak, Bet kiedyś po krótkim spotkaniu z nią, określiła ją mianem moherowego bereta… Pewnie przez to, że jest bardzo religijną osobą. Z kuchni z Henri’m u boku weszła moja przyszła szwagierka. Osoba, którą lubię, z wzajemnością. Przystanąłem spoglądając na tą dantejską scenę toczącą się na holu. Powstrzymywałem śmiech i falę krytyki, która cisnęła mi się na język.

- Matka cię nie wychowała – rozległ się zrzędliwy głos seniorki rodu – Przyjdź i przywitaj się jak należy!

- No nie – odparłem, a oczy o mało jej nie wypadły z głęboko osadzonych oczodołów. Stara jędza szykowała się do ataku słownego na mnie, co jeszcze bardziej mnie rozbawiło.

- Nie bierz tego do siebie, moja Droga miał ciężki rok – stanął pomiędzy nami Jean – Przeproś – wycedził w moją stronę, głosem który dobrze znałem. Oznaczającym jedno. Jeszcze raz taki numer, a urządzę ci jesień średniowiecza.

- Désolé, ce était impoli de ma part – powiedziałem całkowicie nie szczerze.

- Cóż się dziwić, jak wychowała cię ulica – prychnęła dając Jeanowi, swój płaszcz pachnącym naftalinom – Pracuje chociaż na swoje utrzymanie? – zwróciła się do Jeana, a we mnie zaczęło się wszystko gotować.

- Idź pomóc w kuchni – rozkazał Jean, mijając go rzuciłem mu pełne złości spojrzenie. W kuchni Tante Mattie uwija się za kilku,  przy świątecznym obiedzie dla tych ludzi. Jaka szkoda, że nie mam arszeniku pod ręką… Ahhh szkoda.

- Słyszałaś tą, starą rurę ?! – powiedziałem wyrzucając złość z siebie.

- Tak… Też jej nie lubię, ale nie usprawiedliwia cię to od mówienia takich rzeczy. Wysławiaj się – powiedziała grożąc mi chochlą od zupy pod koniec wypowiedzi.

- Czy ja zarabiam na swoje utrzymanie, ma tupet ! – ciągnąłem wściekły, wyciągając zachomikowanego skręta na czarną godzinę. Godzinę która bardzo szybko nadeszła – To ja zarabiam na utrzymanie całej Gildii i jej, oraz innych obiboków.

- No nie, znowu palisz to świństwo ? – oburzyła się widząc skręta w moje dłoni.

- Inaczej nie wytrzymam – odburknąłem próbując zapalić zapalniczkę – Merde !

- Masz – powiedziała zrezygnowana dając mi zapałki – Jak już musisz,  to chociaż pal to świństwo na zewnątrz.

 

Po paru dymkach od razu poczułem się lepiej.  Pomogłem dokończyć Mettie obiad dla tych niewdzięczników, już lekko naćpany i z gastro fazą wszedłem do salonu z tacą w ręku. Wszyscy siedzieli już przy stole, bez słowa położyłem jedzenie i usiadłem na swoim miejscu. Siedziałem pomiędzy Henri’m, a Jean’em. W najgorszym miejscu, w kącie stołu, gdzie ciężko dostać najlepsze kąski, a do tego noga stołu przeszkadzała wygodnie siedzieć. Henri spojrzał na mnie krzywiąc nos, pewnie wyczuł zioło. Mrugnąłem do niego z uśmiechem na ustach, a przybrany brat wywrócił oczami wiedząc, że jestem już w dobry humorze…

- Krokodyle nadal dokuczają ? – rozległo się standardowe pytanie ciotki.

- Jak już to aligatory – poprawiłem ją, po chwili dostając kuksańca od brata. Ciotka spojrzała na mnie, ze swoją miną głupiutkiej blondynki.

- Ohhh tak, tak. Przecież wiem – machnęła słodko ręką – Ile masz już lat ?

- Szesnaście…

- Ooo jak słodko, jeszcze trochę i wesele będzie – plasnęła w dłonie , a wuj z Jeanem wymienili się spojrzeniami.

- Może żona go chociaż wychowa – dodała seniorka – Czas się pomodlić.  Po przymusowej modlitwie, nadszedł czas na wyżerkę… Nie mogłem się doczekać, chodziarz dostawałem półmisek jako ostatni i tak się obżarłem za wszystkie czasy. Dobre zioło zaostrza apetyt jak nic innego. Przez większość czasu milczałem jedząc. Przysłuchując się tym brednią, mówionych przez ciotkę i docinek seniorki. Ale będąc już przeżartym, naćpanym i wstawionym od czerwonego wina, nie przeszkadzało mi to wcale. Ba ! Nawet miałem frajdę, słuchając tych pustych ludzi opowiadających o swoim nudnym i płytki życiu, skupionym na robieniu nielegalnych pieniędzy, kosmetyczce i wścibianiu nosa w nie swoje sprawy. Nim zdołałem nawet zauważyć, kiedy przeniosłem się na fotel przy kominku. Po paru chwilach zasnąłem…

- Interesy idą teraz jak pomaśle… – powiedział z zadowoleniem wuj – handlarz bronią – Od kiedy twój adoptowany syn zabił Miedwiediewa, a ja przejąłem jego obszar. Teraz robienie interesów to bułka z masłem. Kasa sama się robi. Swoją drogą budzi prawdziwy postrach… – obrócił się spoglądając na śpiącego szesnastolatka.

- Ciszej Borysie, obudzisz go – szepnął Jean spoglądając na adoptowanego syna. Mercy przyszłej żony Henri’ego i ciotki Myriam nie było, wyszły przypudrować nosek – Widocznie na zabójcach nie robi to wrażenia. W ostatnim  tygodniu straciłem dwóch świetnych ludzi, zabili ich w biały dzień. Robią się coraz to bardziej zuchwali…

- Bezsensowna walka – burknął Borys – A nie proponowałeś im czasem paktu o wzajemnej nieagresji ?

- Wielokrotnie i widzisz co się dzieje…- nalał sobie kieliszek.

- Papiery i układy nic nie dadzą. Mężczyźni… – sapnęła seniorka – Trzeba załatwić sprawę dawnym sposobem, który działa od wieków.

- Jakim, oświeć mnie- żachnął się Jean.

- Małżeństwem – wycedziła nie zrażona. Jean zachłysnął się winem.

- Za stary na to jestem… – bąknął zszokowany.

- Nie ty – machnęła ręką seniorka.

- Jestem zaręczony – obruszył się Henri.

- Z dziewczyną bez pochodzenia i bez posagu– dodała kąśliwie – Ale nie o ciebie mi chodzi, a o tego huncwota – powiedziała wskazując ręką na śpiącego chłopaka. Wszyscy jak na komendę obrócili się, aby przyjrzeć się kurze znoszące złota jaja dla Gildii.

- To ma sens – powiedział wolno Borys.

- Wychodzę nie mogę tego słuchać- powiedział Henri wstając. Jean nie zwrócił uwagi na syna,  widać rozważał słowa seniorki.

- Tylko pomyśl, jak coś nie wyjdzie to straty nie będzie. Nie jest z rodziny, a do tego przedstawia większą wartość przy targowaniu umowy z Zabójcami, niż twój rodzony syn – wyłożyła plan seniorka.

- Polityczne dynastie były od zawsze – przyznał Borys nalewając sobie wódki – To za pokój i udane małżeństwo – powiedział wychylając kieliszek.

- Ma córkę w podobnym wieku… – mruknął Jean nie spuszczając z oczu karty przetargowej Gildii – Kwestia dogadania się tylko…Wiecie kiedyś Boudreaux chciał go dla siebie…

- Widzisz? Pożądany towar. Talentu za pieniądze się nie kupi, niestety… A on ma predyspozycję do obu zawodów, no i ta jego moc – powiedział z entuzjazmem w głosie Borys.

 

 

Poranek przeszedł do jednych z najcięższych. Przez dobre półgodziny walczył z wirowaniem w głowię i mdłościami… Walkę przegrał, wyczołgał się z łóżka w stronę łazienki. Po dłuższej chwili spędzonej w łazience, zaczął próbować układać zdarzenia. Wczoraj przyjechała rodzina, byłem w złym humorze, zapaliłem dwa razy, wypiłem, a co było dalej? Nie mógł sobie przypomnieć za Boga, co było potem i jak znalazł się w swoim pokoju. Spojrzał na swoje dłonie, pod paznokciami była farba. Wzięła mnie  wena na malowanie po pijaku? Wzruszył ramionami, wziął szybki prysznic, ubrał się i zszedł coś przekąś.

- Widzę że nasz prince, nieźle pobalował wczoraj – zadrwił z niego na przywitanie Pierre prawa ręka Jeana.

- Spadaj – odburknąłem siadając na pierwszym wolnym krześle w kuchni.

- Źle wyglądasz kochanieńki – powiedziała zmartwionym głosem Tamte Mattie – Może zrobić ci coś?

- Hmm herbatę…- wymruczałem kładąc się na blacie. Do kuchni wszedł Jean, spoglądając na syna z lekką troską, ale szybko ukrył to.

- Nie zjesz nic? – spytała Tante, kładąc przednim kubek z herbatą. Pokręciłem przecząco głową.

- Mój żołądek się jeszcze nie obudził…

- A mój się budzi przede mną – wycedził wesoło Pierre, pochłaniając francuskiego tosta z szynką.

- Słuchaj uważnie bo nie będę powtarzał – powiedział Jean siadając przede mną.  Podniosłem  wolno wzrok na ojca, trzymając głowę opartą na dłoni – Dostaniesz urlop –opuściłem dłonie na blat, marszcząc czoło, po chwili śmiejąc się, łapiąc się za brzuch z miną bólu i wesołości za razem.

- A więc ty też jesteś, wczorajszy jak ja… – parsknąłem, Jean zacisnął usta.

- Nie, mówię poważnie – powiedział twardo. Momentalnie przestałem się śmiać.

- Naprawdę? – spytał Pierre, przerywając jedzenie – A to zlecenie… – Jean podniósł dłoń.

- Masz wolne, należy ci się.

- Słucha się dobrych rad – powiedziała z satysfakcją Mattie – W końcu trochę odpoczniesz – uśmiechając się do mnie.

- To chcę pojechać do Paryża na minimum tydzień – zacząłem z entuzjazmem w głosie – I… Do Yosemite.

 - Czemu do? Aaa no tak skały… No dobrze, ale najpierw uprzedź Dariusa. Samego cię nigdzie nie puszczę, nie licz na to.

- Jasne… – powiedziałem wstając energicznie.

- Nie dopiłeś herbaty – rzuciła Mattie.

- Już się lepiej czuje – powiedziałem  wychodząc z kuchni, szybko wybierając numer do swojego przyjaciela.

 

 

 

Dzień Wigilii cztery lata temu.

Siedział znudzony wykładem. Dobrze, że resztę przedmiotów przenieśli… I to kolokwium z genetyki i zdrowia publicznego na po świętach. Ostatni slajd, na szybko przepisał, wyczekując końca wraz z innymi studentami.

- Wesołych świąt moi drodzy i pamiętajcie, że zdrowie jest najważniejsze, więc nie przejadajcie się i proszę was o rozsądek w piciu o ile jest to możliwe… W końcu jesteście studentami – powiedział sędziwy Profesor wydziału genetyki.  Studenci jak na komendę odpowiedzieli – wzajemni i z odruchem Pawłowa rzucili się do wyjścia jakby zaraz Profesor miał zmienić zdanie. Szedł żwawo korytarzem, prawie biegnąc. Miał mało czasu. Wigilia była umówiona na osiemnastą, a jeszcze nie zrobił tylu rzeczy…

- Remy zaczekaj! – usłyszał znajomy krzyk na sobą, przystanął obracając się.

- Wiesz Michel spieszy mi się trochę… -zaczął, trochę zbywając.

- Ja właśnie w tej sprawie. Jedziesz autem? Błagam – powiedział szybko wpatrzony w przyjaciela.

- Chyba jaja sobie robisz. Wiesz jakie są korki na mieście? Jadę rowerem…

- Eeee – wyjęczał Michel – Na bank się spóźnię… Zabije mnie.

- Twoja nowa dziewczyna? – spytałem puszczając oko, idąc z przyjacielem korytarzem Paryskiej Akademii Medycznej.

- No… – wysapał, dotrzymując kroku Gambitowi .

- Jak kocha to głowy ci nie urwie – puścił oko – Rendez-vous après Noël ! – rzucił ruszając w stronę rowerowni i żegnając go.

 

 

Godzinę później….

Ostania uliczka i już był pod domem. Zeskoczył z kolarzówki nie przejmując się kałużami i po śniegowym błotem. I tak zaraz weźmie prysznic. Truchtając z rowerem przeszedł szybko przez podwórze w stronę garażu, kątem oka spoglądając na okna. A więc jednak już jest… Mokry i brudny wszedł, a raczej wparował do domu.

-Jestem ! – krzyknął zdejmując przemoczone buty. Klimat Francji należał do bardzo różnorodnego od klimatu umiarkowanego po klimat górski w Alpach. Paryż leżał w strefie klimatu umiarkowanego ciepłego, morskiego. A co za tym szło? Zima była raczej bez śniegu za to z opadami deszczu i pluchą o ile jakiś śnieg się pojawił…

- Wykład się trochę przedłużył… Gdzie jesteś? – spytał szukając swojej dziewczyny. W kuchni jej nie było. W salonie również. Więc pewnie jest… Ruszył w stronę sypialni, nie mylił się słysząc coraz to bardziej zmysłową muzykę… Otworzył wolno drzwi.

- Już jesteś – wymruczała leżąc na łóżku. Oparł się o framugę drzwi, wodząc wzrokiem od zegarka stojącego na komodzie na nią, zegarek, ona. Uważał się za  osobę przeciętnie uzdolnioną matematycznie, ale niemal w sekundę obliczył czas potrzebny na upieczenie się ogromnego indyka, dojście do domu Bet, przebrnie się i zostaje jeszcze czas na…

- Nie rozpakujesz swojego prezentu? – wymruczała robiąc słodką minkę. Zaczął ściągać z siebie ubranie.

- Jesteś niemożliwa, Cher – szepnął schylając się nad nią, już w samych rozpiętych spodniach. Zaczął ją całować, przesuwając się coraz to niżej, zatrzymując się na wewnętrznej stronie ud. Powoli zaczął rozpakowywać swój prezent, rozwiązując czerwoną kokardę tworzącą strój jego ukochanej…

 

 

 

Dom Chatier

- Jak zaraz się nie zjawią, to chyba go wykastruje – warknęła Beatric spoglądając przez okno.

- Twój facet też się spóźnia – zauważyła Nadin siedząc na kanapie i oglądając bajkę z Gabriell, która trochę przysypiała.

- Idą! – rzuciła poprawiając sukienkę – Nadia gaś telewizor – rozkazała siostrze, wychodząc przywitać gości na powitanie. W domu rozległ się donośny dzwonek. Otwarła szeroko drzwi.

- Ooo witaj Bet – powitała ją jako pierwsza Jeannett, obejmując ją na wejściu  - Przepraszamy za spóźnienie, naprawdę. Ale wiesz co to za impreza bez lekkiego poślizgu – zaśmiała się perliście blondynka wchodząc do werandę domu, i kładąc na podłodze sporą płócienną siatkę. Za nią wszedł Remy, trzymający w ręku dwa spore pakunki z Kłem na smyczy u boku.

- Wykłady się przedłużyły – mruknął w obronie, całując Bet na przywitanie.

- I tak ci nie wierze – odparła odwzajemniając.

- Wujek Remy! – usłyszeli krzyk dziecka, w jednej chwili mała Gabriell wskoczyła w ramiona Remiego, zdejmującego właśnie buty.

- Bonjour ma princesse – przywitał się, przytulając dziewczynkę.

- Wejdźcie, zimno jest – pogoniła ich z werandy Bet, odbierając od nich rzeczy.

- Masz pękną sukienkę, dawno cię nie widziałem w czymś… – zaczął Gambit spoglądając z uwagą na przyjaciółkę.

- Wygląda świetnie, nie ? – dokończyła dumnie blondynka – Pomogłam jej w wyborze. Ale trzeba koniecznie coś zrobić z tymi włosami, no i makijaż zrobić -  dodała ciągnąc Betric za rękę.

- Ale stół, jedzenie, choinka – jęknęła niezdecydowanie dziewczyna.

- Lećcie, ja się tym zajmę – rzucił, biorąc torby – Gabriell pomożesz mi ? – spytał dziewczynkę zajętą głaskaniem psa.

- Tak – powiedziała nie śmiało dziewczynka, idąc za wujem w głąb domu.

- Nadia, ty też się rusz – rzucił do drobnej dziewczyny owiniętej w koc leżącą na kanapie. Dziewczyna z ociąganiem wstała, pociągając lekko nosem. Wstawił część jedzenia do lodówki, a cześć włożył do piekarnika, aby doszły do końca. Nadia rozpakowała resztę rzeczy. Biorąc Gabriell na ręce ruszył w stronę salonu, gdzie był już przyszykowany stół oraz stała jeszcze nie ubrana choinka.

- Najpierw założymy girlandy co ? – zagadałem do małej, stawiając ją na ziemi.

- Gialanda, ta czerwona – wskazała ręką dziewczynka.  Z uśmiechem odebrałem, girlandę z rąk Gabriell. Po chwili również, Nadia dołączyła się do wspólnego ubierania choinki. Wszczynając prawdziwie rodzinną dyskusje co do wyglądu,  dobru bombek i ozdób na choince. Końcowy wygląd choinki był przeuroczy i taki domowy, a nie sklepowy. Bo było na niej wszystko, od bobek z rożnych zestawów i kolorach, po girlandy, aniołki, pierniki i pałeczki cynamonu oraz gwiazdki anyżu. Dla niektórych może kicz, ale dla mnie i dziewczyn była to najpiękniejsza choinka na świecie.

- Chcesz zawieść na czubku szpic ?- spytałem podnosząc małą.

- Tak na ciubek, damy – powiedziała mała trzymając w drobnych raczkach szpic kończący choinkę.  Powoli z małą pomocą, dokończyliśmy ubranie naszej choinki. Za sobą nagle rozległ się znajomy słodki pisk mojej dziewczyny. Z Gabriell na rękach odwróciłem się.

- Ohh jakie to urocze… – powiedziała przeciągle Jeanett, podchodząc do mnie i małej.

- Aniółek – powiedziała nagle mała, dotykając dłonią włosów dziewczyny.

- I właśnie taki efekt chciałam osiągnąć – powiedziała Jeanett, podnosząc z dumą głowę.

- Anioł z duszą diabła… – mruknąłem całując szyję dziewczyny. Mała nagle wydała z siebie odgłos oburzenia.

- Ty też dostaniesz całusa – powiedziałem całując małą w policzek, mała zaśmiała się perliście. Po chwili wiercąc się, dając znak że chce już zejść. Postawiłem małą, która od razu poleciała do psa. Biedny Kieł, będzie musiał znieść jakoś te intensywne pieszczoty.

- Wyglądasz zjawiskowo kochanie – mruknąłem całując ją w usta delikatnie. Wiedząc, że jak zniszczę jej misternie zrobimy makijaż to nie da mi żyć… Dziewczyna odwzajemniła pocałunek, kładąc swoje ręce na moich pośladkach. Ahh tej jeszcze mało… Co za dziewczyna… Jeanett była drobną blondynką, o zielonych oczach. Jej uroda była niezwykle delikatna, może nawet trochę dziecięca. Dzisiejsza stylizacja składająca z śnieżno białej rozkloszowanej sukienki, złotej przepaski na włosach i makijażu, a la anioł tylko pokreśliły jej delikatność.

Po krótkim przygotowaniu stołu i potraw, zostało czekanie. Chłopak Beatric wciąż nie dotarł na wigilię. Bet pod nosem zaczęła już cytować listę tortur którą mu zaserwuje po przyjściu. Reszta w tym czasie zajęła się rozmową i kładzeniem prezentów pod choinką.

- Zabije go, pisał że będzie za pół godziny, potem że czterdzieści, a teraz… – warkneła groźnie Bet pod nosem, poprawiając obrus. W domu rozległ się dzwonek.

-  W końcu – rzuciła wstając. W tym czasie zajął kanapę, czekając. Jeanett lulała na rękach małą, która była już zmęczona.

- Bardzo cię przepraszam kochanie – rozległ się z werandy znajomy głos – Ale wiesz, że mieszkam poza miastem i ciężko jest mi się przemieszczać. Jeszcze raz bardzo przepraszam. Mam nadzieję, że obiad nie wystygł – zmarszczył czoło, czyżby to był on – A i pięknie wyglądasz.

 

Do salonu wszedł, chłopak na oko dwudziestoletni o przeciętnej urodzie, ale dbający o siebie. Jego twarz była czerwona, a sam lekko dyszał.

-  Michel ! – przywitał z uśmiechem kolegę ze studiów wstając – To ty jesteś ty wybrańcem, Bet. Ale jaja – roześmiał się.

- To wy z Bet się znacie ? – spytał zbity z tropu.

- Razem się wychowaliśmy – puścił oko koledze.

- Oooo, a jestem Michel – dodał witając się z dziewczynami.

- Pss- szepnął zbliżając się do kolegi – Co do naszej wcześniejszej rozmowy to nie liczyłbym, że ci odpuści to spóźnienie – twarz Miechela nagle stężała.

- Nie siadać – powiedziała Bet podchodząc do stołu i ścigając po talerz z opłatkami – Tradycja to tradycja.

- Co to ? – spytał się Michel.

- Kochanie czyżbyś zapomniał, mówiłam ci przecież że to będzie wigilia Polsko – Francuska. A dzielenie się opłatkiem przed rozpoczęciem wigilii to jej najważniejszy punkt – wytłumaczyła Bet.

- Remy co my mamy z tym zrobić ?- spytała się Jeannett.

- Łamiesz się z każdą osobą opłatkiem, zjadasz swoją cześć i życzysz drugiej osobie czego chcesz – powiedział Remy odbierając opłatek i podając jeden swojej dziewczynie – Bardzo przyjemna tradycja. Rodzina Bet mnie jej nauczyła.

 

Po przełamaniu się opłatkiem i życzeniach. Nadszedł czas obiadu, który przeszedł do jednych z najprzyjemniejszych w jego dotychczasowym życiu. Atmosfera mijała niezwykle sielsko. W atmosferze swobodnych rozmów i biesiady składającej się z polsko-francuskich potraw.

- Kochanie ten indyk jest ekologiczny prawda ? – spytała się blondynka, jedząc swoje jedzenie. Bycie weganką w święta bywa ciężkie…

-Tak, sprawdziłem dostawcę i certyfikat ekohodowli. To na pewno był bardzo szczęśliwy indyk – zapewnił dziewczynę, modląc się w myślach, aby nie zaczęła rozmowy na temat hodowli przemysłowej zwierząt.

-Remy mi wspominał, że jesteś działaczką w jakiejś organizacji – zaczął Michel, jedząc ekolicznego indyka.

-Tak, zbieram petycje o zamknięcie fermy norek pod Paryżem.

- A co studiujesz ?

- Konserwatorstwo zabytków – odparła Jeanett, jedząc wegańskiego kotleta z ciecierzycy – Zobacz jaką mamy dobrą karmę ! – Michel zmarszczył brwi, nie rozumiejąc – Przez przypadek wszyscy jesteśmy tutaj i wspólnie jemy świąteczny obiad. Los jest łaskawy – uśmiechnęła się Jeannet – Prawda kochanie ?

- Oczywiście, Cher – odparł z uśmiechem.

-Mała nie długo, padnie – rzuciła Bet spoglądając na przysypiającą najmłodszą siostrę.

- Dużo emocji, jak na jeden dzień.  Zostaw zaniosę – powiedział Michel wstając i zabierając poskładane naczynia do kuchni.

- To co czas na prezenty ? – zaproponowała Nadia odchodząc od stołu.

-Tak ! Prezenty – obudziła się nagle mała, wyskakując z krzesła.

-Dzisiaj ? – zdziwiła się blondynka.

-Polacy – powiedział wzruszając ramionami i wstając widząc, że mała zaraz rozerwie paczki na strzępy.

- Chociaż jest taka niepisana tradycja, że Remy dostaje prezenty 21 grudnia – dopowiedziała Bet podając pierwszy prezent małej.

- Czemu ?

- Mój ojciec zawsze tak dawał, prezenty Remiemu – odparła Bet.

-A to ode mnie i Jeanett – powiedziałem podając małej pluszowego misia. Mała przyjęła go z głośnym piskiem.

-A to dla ciebie Nadia – dając dość ciężki prezent. Michel zdążył już wrócić. Reszta prezentów została rozdana. Nadia już zaczęła pochłaniać książki, które dostała, a Gabriell bawiła się misiem.

- A co to takiego zostało ? – spytał Michel oglądając pozostałe paczki.

-Dla zwierzaków, kochanie. Też są członkami rodziny – odpowiedziała Bet – Dziewczyny mają świnki morskie, a Remy oprócz psa, ma dwa koty.

- Prawdziwy zwierzyniec…

- Kochaniu już musimy iść – powiedziała smutno blondynka.

-A no tak. Bet dzięki za kolację, ale jutro Janett wyjeżdża rano do rodziny – powiedziałem podchodząc do przyjaciółki.

- Wszystko na opak, w Polsce to wigilia jest dla rodziny, a we Francji pierwsze święto. Jasne lecicie, tylko uważajcie ślisko jest – powiedziała przytulając się na pożegnanie.

- A aa wuja, jeszcze przyjdzie – zagadała mała żegnając się.

- Oczywiście, jutro was odwiedzę -  powiedziałem całując małą na pożegnanie.

-Trzymaj się – uścisnął mnie Michel, dodając – Pamiętaj o materiałach, które masz mi przesłać.

- Nadia ? – zawołałem w stronę dziewczyna, która nie chciała się oderwać od lektury.

-Paaa – rzuciła znad książki. Bet ją zbrukała, ale czternastolatka i tak nie porzuciła swojego zajęcia.

 

Wychodząc z domu Bet z dziewczyną u boku i Kłem na smyczy, czułem się naprawdę świetnie. Poznając inne, nie znane dotychczas mi oblicze świąt.

Zabójcze Chidori

Strach jest naszą obroną. Strach powstrzymuje nas przed niepotrzebnym i niemądrym ryzykiem. Strach nas dyscyplinuje”.

Graham Masterton

 

Korytarz przed salą walk.

- Wszystko będzie dobrze – powiedział tuląc ją w ramionach – Nawet jeszcze nie jesteś pewna, a już panikujesz. Nie ma co się martwić na zapas, tak?

- Ale ja się boję – chlipnęła mu w ramionach, pociągając nosem zapchanym od płaczu.

- To normalne – starał się ją pocieszyć – Jesteś dzielna, na pewno razem przez to jakoś przejdziecie.

- A co jeśli Michel, nie będzie chciał tego dziecka? – spochmurniała jeszcze bardziej, znów pociągając nosem. Odsunął ja od siebie, tak aby móc spojrzeć jej w oczy.

- Bet, Michel popełniłby największy błąd w swoim życiu – powiedział z powagą – Ale on tego nie zrobi. Znam go bardzo dobrze, razem studiowaliśmy. Poza tym – uśmiechnął się do niej – nie znam faceta, który byłby bardziej oddany – Bet, wyraźnie się rozchmurzyła.

- Poza tobą – mruknęła odwzajemniając uśmiech – Wytrzymał ze mną dwa lata… – lekko się zaśmiał słysząc to z jej ust.

- Uszy do góry – powiedział raźno – Teraz idź się przebadać do Ororo. A po treningu, pogadamy co dalej. Okay?

- Okay – weszła w jego ton, porzucając czarne myśli – Dajcie czadu – rzuciła na odchodne całej drużynie. Wzrokiem odprowadził ją.

- Życie to pasmo niespodzianek… – podsumował Piotr, stając obok Gambita.

- Ażebyś wiedział – mruknął spoglądając na swoją drużynę.

- Wiesz może co dla nas przygotowali? – spytała Firestar.

- Nie mam zielonego pojęcia – odparł wzruszając ramionami – Ale każda grupa wchodzi osobno.

- Więc pewnie chcą sprawdzić i porównać nasze umiejętności – podsumowała Sege.

- Pewnie tak – mruknął przeciągając się leniwie.

- Akolici i tak będą górą! – ryknął buńczuczno Pyro. Piotr pokręcił głową. A drzwi do sali walk otwarły się przed nimi. W jednej chwili bojownicza mina Pyro, znikła z jego twarzy w mgnieniu oka. Z sali wyczołgiwali się powoli członkowie Bractwa. Blob niósł przerzuconego przez ramię półprzytomnego Todda. Wszyscy wyglądali na skrajnie wykończonych, no może oprócz Quicksilvera, który po prostu miał wściekłą minę na twarzy. Minęli ich bez słowa. Trzy godziny, tyle siedzieli w Sali walk. X-meni spędzili tam półtorej godziny. A ile oni będą tam siedzieć? Kto wie…

- Akolici górą… – zatrzymał się, spoglądając na dziewczyny Frost – i dziewczyny! To co Pyro, lecimy z koksem? Nie pękaj, w końcu jesteś numer jeden – rzucił Gambit nie kryjąc sarkazmu w głosie, klepiąc Pyro po ramieniu. Pyro spojrzał na niego z ukosa, już nie tak pewny siebie. Minął go z uśmiechem satysfakcji na twarzy. Wszedł do Sali jako pierwszy.

 

 

Dwie godziny później. Pokój monitorujący salę walk.

- Ostania grupa właśnie skończyła. Wyniki są interesujące – powiedział Bestia zamykając salę walk.

- W rzeczy samej, ale bez większych zaskoczeń – powiedział z wyważonym tonem Magneto – Charles, co o tym sądzisz?

- Koniecznie trzeba wyrównać poziom w grupach…

- I założyć nową na potrzeby misji – dodał Wolverin zapalając już dwunastego papierosa.

- Chcę zarezerwować salę walk – powiedziała z naciskiem Mistic.

- Nie dziwię się, twoi wypadli najgorzej – zaśmiał się warkotem Wolverin, Mistic zjeżyła się stając przed nim.

- Ale wyłoniło się parę talentów – powiedziała zmysłowym głosem White Quenn, przykuwając uwagę osób zgromadzonych.

- Gratulację Charles świetnie wyszkoliłeś swoje dzieci, a w szczególności Scotta. Wyrośnie kiedyś na wspaniałego przywódcę – powiedział tajemniczo Magneto, zerkając na nagranie z walk z udziałem Scotta – A i twoje podopieczne nieźle się spisują moja droga – zwrócił się w stronę Emmy – Ale twoi chłopcy –wypluwając z siebie ostatnie słowo, mrużąc z niedozwoleniem oczy na Mistic– Muszą jeszcze wiele się nauczyć…

- O swoich nic nie powiesz? – spytała Emma wyczuwając podstęp.

- A cóż mogę dodać, moja droga. Ja mam asa w rękawie – powiedział zadowolony. Wolverin prychnął pod nosem, Profesor splótł ręce, mierząc przyjaciela oceniającym wzrokiem.

- Ale przywódca z niego raczej cienki… – odparła Mistic.

- Przy pierwszej okazji oddał dowództwo Sege – dorzuciła Frost z zadowoleniem w głosie.

- Ale potrafi motywować ludzi i jest kreatywny… – mruknął Bestia przełączając obraz na monitorze.

- Nie powinniśmy go w ogóle uwzględniać, zważywszy na ostanie wydarzenie. Powinien być wykluczony z grupy. Po za tym mamy umowę Magnusie – powiedział z powagą Profesor.

- Jaką umowę? – spytała Mistic, oburzona wykluczeniem z informacji. Magneto spojrzał na nią twardym wzrokiem.

- Nic co mogłoby cię dotyczyć – powiedział twardo, Frost lekko się uśmiechnęła.

- W takim razie opuszczam was! Albo jesteśmy na równych prawach albo odchodzę! – podniosła się oburzona.

- Idź droga wolna – prychnął Wolverin – Od samego początku, byłaś tu na doczepkę. Wprosiłaś się sama, szpiegując nas – wywarczał. Mistic stanęła przed nim gotowa do ataku. Ale szybko rozmyśliła się widząc twarze zgromadzonych, nikt nie zamierzał interweniować w jej sprawie. Zdenerwowana ruszyła w stronę drzwi.

- Jeszcze mnie wspomnisz – warknęła ostrzegawczo mijając Magneto.

- Hm – prychnęła Frost, poprawiając włosy – Nie wielka strata. Niech idzie ze swoją bandą. A jeśli chodzi o Gambita, to nie wnikam w układy pomiędzy wami, ale na pewno jesteście pewni, że on zgodzi się na odstawienie w bok od tak? Jego umiejętności w terenie mogą okazać się wielce przydatne, a w szczególności w zdobywaniu informacji i działaniu z ukrycia, nie mówiąc o walce… – Profesor wyraźnie rozważał jej słowa.

- A ty nic nie powiesz? W końcu to twój pupil – spytał Logan, siedzącego w kącie znudzonego Mistrza Pei Mei, który przez większość czasu ostentacyjnie wszystko i wszystkich olewał, czytając i pijąc herbatę.

- Nie da się odsunąć go w bok w takiej sytuacji. Nie usiedzi w miejscu… A umową się nie przejmujcie – powiedział krótko wracając do picia herbaty.

- Nagranie sesji gotowe Hank? Tak, to zobaczmy je, a później podejmiemy decyzje o składzie grupy głównej i rezerwowej – powiedział Profesor podjeżdżając do konsoli.

 

 

 Zaczęli oglądać, na pierwszy strzał poszli X-meni. Grupa była dość wyrównana, a co najważniejsze zgrana i znająca się bardzo dobrze. Znali swoje słabości i mocne strony, co zapewniło im najszybsze ukończenie misji i z najlepszym wynikiem. Pojedyncza sesja treningowa dla grupy składała się z: części wytrzymałościowo – sprawnościowej, szpiegowskiej, walki oraz część najbardziej znienawidzoną czyli odszyfrowywanie danych i umiejętności komputerowe. Ostatni sprawdzian był połączeniem pozostałych części, z nieprzyjemnymi dodatkami. X-meni byli najbardziej wyrównaną grupą pod względem kondycji, sprawności oraz najlepiej szła im współpraca. Umiejętności przywódcze i logistyczne Scotta, doprowadziły szybko grupę do końca każdego zadania, Kitty uratowała grupę swoimi umiejętnościami informatycznymi, a Rogue siłą. Z kolei najgorzej wypadli na tle umiejętności szpiegowskich oraz likwidacji wyznaczonych celów. Grupa miała duży problem natury etycznej z ukończeniem tego zadania.

Bractwo wypadło najgorzej na tle sprawnościowym oraz logistycznym. Zadania z szyframi i komputerem, nie rozwiązali. Za to rozprawienie się z celami, było zupełnie inną parą kaloszy. W ataku byli wyjątkowo bezwzględni i brutalni… Z bractwa jako talenty, wybili się Quicksilver oraz Avalnche, najlepiej zdali test sprawnościowy oraz na „inteligencje”. Scarlet Witch nie było na treningu…

- Dlaczego nie ma twojej córki? – spytała Emma, znudzona oglądaniem porażek Bractwa. Magneto lekko się wyprężył.

- Gorzej się poczuła. Ale mam zamiar, dołączyć ją do mojej grupy – odpowiedział bez emocji -  W bractwie zacznie się cofać – dodał już bardziej chłodnym głosem.

- Kolej na twoich – mruknął Wolverin, przybliżając się do Pai Meia, który w końcu zainteresował się sytuacją.

 

 

 

 Wszedł jako pierwszy na środek sali, pewien swego. Teraz pokaże na co mnie stać. Ciężko trenowałem, aby dojść do formy. Nie będę gorszy od innych – pomyślał lustrując wygląd sali. Nie do końca tego się spodziewał, sala była stworzona na kształt toru, nie widział działek, ani innej broni w zasięgu wzroku. Czyżby tylko sprawdzian siły i wytrzymałości? Sege szturchnęła go lekko, spojrzał na nią. A jej wzroku mówił sam za siebie. Spojrzał za jej wzrokiem najpierw na tor potem na swoich. Zaczął rozważać przyszłą klęskę. Jego grupa składająca się z Colossusa, Pyro i Scanner, była dość mocną grupą, ale trochę zbyt chaotyczną w swoich działaniach. Po Piotrze i Johnie wie czego może się spodziewać, ale o nowej nie wiedział zupełnie nic.

- Nie mieliśmy okazji się bliżej poznać, głupio wyszło… Ale jakie są twoje umiejętności? – spytał Scanner, naskakując ją nagle tak, że się cofnęła. Wyglądała na zdezorientowaną.

- Eee no, potrafię wyczuć mutantów i postacie astralne oraz zakłócać ich energię, potrafię też  tworzyć hologramy, a sama staje się niewidzialna… Przemieszczam się… – powiedziała niemal mechanicznie.

- Okey… – powiedział wolno – to jestem w dupie – dodał w myślach – Co ja zrobię z taką drużyną jak dadzą  coś innego?

 

 

Dostali pierwsze założenie w tej części sprawdzianu, każdy ma skończyć samodzielnie tor. Czas liczy się indywidualnie, a następną cześć dostaną dopiero po skończeniu przez wszystkich pierwszego zadania. Zaczęli biec, pokonywali kolejne przeszkody, schylali się, czołgali, przeskakiwali. Grupie jako całości szło dobrze, ale prawdziwą kulą u nogi okazał się Pyro, który już na początku, miał problemy z ogólną kondycją. Biegł jako pierwszy za nim Sege, a dalej Firestar. Obejrzał się na tyły, reszta biegła dużo dalej od nich, ale nie poddawała się, za to Pyro zaczął zwalniać, aż w końcu zasapany stanął.

- Lecicie! – krzyknął, zawracając w stronę Pyro. Ruszył z trzykrotną prędkością niż biegł dotychczas, bez problemu wymijał przeszkody. W biegu wyciągnął kij przeskakując nad stopniem. Stopień od strony startu był wysokim i stromym wzniesieniem, a od strony mety był pięcio metrowym urwiskiem. Gdy dobiegł, Australijczyk był w opłakanym stanie, cały czerwony na twarzy i dyszący.

- John weź się w garść, bo przegramy – pochylił się nad przyjacielem, John spojrzał na niego z czoła kapał mu pot.

- Nie dam rady… Oni – wziął wdech – chcą nas wykończyć.

- Błagam cię. Rusz się, zostałeś tylko ty. Chyba nie chcesz przegrać z bractwem i dzieciakami Xaviera, co? – spojrzał na niego – number one?

- Number one – odpowiedział biorąc się do kupy. Zaczęli biec w tempie i na możliwości Pyro. Motywacja widocznie podziałała , Australijczyk ruszył z nowym oddechem.  Dobiegli do stopnia, Pyro stanął jak wryty.

- Co jest? – spytał zaskoczony, zatrzymując się przed samą krawędzią.

- Nie dam rady, za wysoko –powiedział wystraszony – Mam lęk wysokości – dodał odsuwając się od krawędzi.

- Merde! – zaklął kręcąc się w kółko. Spojrzał w dół i na ścianki. Tak nie mógł się mylić,  było stworzone pewne ułatwienie. Stopień to wręcz wzorcowa przeszkoda parkurowa.

- Dobra zrobimy tak – powiedział zeskakując na dół i wykonując fikołka w przód przy lądowaniu -  Stań tyłem blisko lewej strony, spuść się, następnie odbij się kierując się na ścianę boczną, widzisz tam masz chwyt. Zrobisz ten zeskok na dwa razy.

- Nie ma mowy zabije się! – obruszył się Pyro.

- Będę cię asekurował – powiedział cicho – No dalej zobacz jak niewiele ci zostało do końca. Nie patrz w dół, tylko patrz na ściankę. Wszystko będzie dobrze – zapewnił go. Pyro ze strachem w oczach zaczął schodzić. Zawiesił się trzymając się krawędzi.

- Dobrze ci idzie! Nie parz w dół. Teraz skok w bok i od razu odbicie i jesteś na dole! Merde! – ruszył widząc jak ślamazarnie wykonał to Australijczyk, w porę posłużył mu za materac. W sali rozległ się pisk mikrofonu, obolały podniósł głowę w stronę punktu kontrolnego sali.

- Naruszenie zasady o nie pomaganiu , dostajecie punkty karne – rozbrzmiał w sali ochrypły głos Wolverina, który z niemałą satysfakcją w głosie poinformował ich o wpadce. Zrzucając z siebie Pyra wstał szybko.

- Jakie naruszenie zasad? – powiedział lekko – Przecież ten ślamazara na mnie spadł!– dodał głośniej, Pyro zrobił zdziwioną minę.

- To była pomoc – warknął Wolverin, w tle było słychać dyskusję Magneto z Profesorem.

- Nie asekurowałem go, robiłam tylko za materac – trzymał się swego w nadziei, że dobre serce Profesora i chęć zwycięstwa Magneto uratują jego drużynę.   To też zabronione? Profesorze?

 Po krótkiej wymianie zdań z kierownictwem co do interpretacji zasad. Ruszyli w kierunku mety, Pyro podniesiony na duchu że odważył się skoczyć, a Gambit obolały po lądowaniu Pyra na nim. Pierwszy etap zakończony z czasem gorszym od X-menów, ale lepszym od Bractwa.

 

Po pięcio minutowej przerwie na złapanie oddechu, przeszli to drugiej fazy sprawdzianu, misji szpiegowskiej…

- Jest, teraz nadrobimy – powiedział raźno szykując się.

- Zasada pierwsza musicie się przekraść do pokoju zaznaczonego czerwoną kropką i uwolnić jednego z naszych, druga nie dać się złapać – zaczął rzeczowo Bestia -  trzecia nie można iść pojedynczo… – w tym momencie uśmiech Gambita znikł z twarzy.

-Co? – powiedział rozczarowany, marszcząc czoło.

- Nikt nie powiedział, że będzie standardowo nie? – rzuciła Sege stając przed wszystkimi.

- Co robimy? – spytał Piotr – średnio się nadaje do czegoś takiego, jestem trochę duży i niezgrabny.

- A Pyro, hałaśliwy – dodała Scanner nieco złośliwie. Pyro spojrzał na nią, podnosząc zapalniczkę.

- Gambit, obudź się co robimy – ponaglił pytanie Piotr. Gambit ocknął się z chwilowej zadumy, spoglądając na wszystkich.

- Robimy tak- podniosła głos Sege – Gambit bierze Pyro pod swoje skrzydła i go pilnuje, ja idę z Piotrem, a Scanner z Firestar, jakiś sprzeciw? – powiedziała spoglądając na twarze członków zespołu. Na wszystkich malowało się zaskoczenie.

- Gambit? – spytała upewniając się.

- Jasne to dobry pomysł – przytaknął odchodząc i zabierając ze sobą Pyro.

- Ale się rządzi… – mruknął pod nosem Pyro, nie skomentował skupiony na zadaniu. Każda grupa poszła inną trasą, aby uniknąć wykrycia. Stanął nagle dostrzegając wartowników, Pyro oczywiście wpadł na niego.

- Skup się  – warknął niezadowolony, obserwując pierwszą przeszkodę, stanowiąco wąski korytarz z dwoma uzbrojonymi wartownikami – Zaczekaj tu na mnie kiedy dam znać ruszysz, powiedział szeptem. Szedł wolno, stawiając ostrożnie stopy, krok po kroku zbliżając się od tyłu do ofiary. W jednym szybkim ruchu dopadł wartownika, chwytając go od tyłu, szybko i cicho obezwładnił go i położył na ziemi, w tym czasie drugi zaczął się obracać. Jednym skokiem przytrzymał się uchwytu na ścianie, podciągnął nogi unikając wykrycia. Gdy drugi z wartowników był już odwrócony tyłem do niego, naskoczył na niego i z impetem przyłożył mu w kark. Pierwsza przeszkoda pokonana… Pyro z ledwością powstrzymał się od głośnego podziwu wobec kolegi.  Następnie był magazyn pełen skrzyń, z łatwością prześlizgnęli się obok wartowników.

- Kurcze, w życiu nie widziałem cię takiego skupionego… – mruknął cicho Pyro idąc obok kolegi.

- Taa – wymruczał Gambit,  nasłuchując w mroku ruchów przeciwników i określając ich położenie. Nagle u zbiegu korytarzy usłyszał kroki, dość dużo. Stanął przylepiony do ściany nasłuchując.

- Co się dzieje? – szepnął Pyro, Gambit podniósł rękę w geście ciszy. Poczuł że tak trzeba, wiedziony instynktem zamrugał paro krotnie, efekt zaskoczył go. Widział przez ściany! Obserwował grupę przesuwających się ogników o różnej barwie i intensywności światła, nagle pojął co tak naprawdę widzi. Odwrócił się do Johna, aby poinformować go.

- Aaaa – wrzasnął czerwony ognik w kształcie Pyro, odskakując w tył i upadając. W jednej chwili rozległ się alarm, a ze wszystkich stron dobiegał tętent stóp strażników zmierzających w ich stronę. Decyzje podjął błyskawicznie, rzucił kartą w korytarz gdzie stały Scanner z Firestar, a sam wdrapał się po ścianie na następny poziom, wciągając siłą Pyra.

- Musisz zawsze wszystko spieprzyć!- warknął chowając się za zakrętem nowego labiryntu, stylizowanego na magazyn pełen kontenerów.

- Ale twoje oczy… – jęknął  Pyro wystraszony.

- Co z tego? – odparł uspokajając się trochę – dzięki tobie musiałem wkopać dziewczyny – dodał nasłuchując odgłosów pościgu.

- A skąd wiedziałeś, że tam są? – spytał Pyro, już bardziej opanowanym głosem.

- To będzie bułka z masłem – prychnął czując swoja wyższość w tym zadaniu – Widzę teraz ruchy wszystkich, również maszyn – Pyro otworzył szeroko oczy – Wiem gdzie jest nasz zakładnik – szczęka Johna opadła – Ruszajmy. Szedł jak po sznurku, omijając bez problemu robo-wartowników oraz pozostałą część grupy,  którą paro krotnie wykorzystywał jako przynęty. Wspięli się po zewnętrznej ścianie, na ostanie piętro gdzie był przetrzymywany zakładnik dobrze mu znany.

- Uff powiedz, że to koniec – sapnął Pyro, pochylając się do przodu.

- Prawie, jeszcze tylko ten korytarz- wskazał ręką, wąski, wysoki korytarz usiany czujnikami laserowymi i działkami. Pyro wolno podniósł głowę.

- Co?? Porą… ich – wystękał.

- Fakt to banalnie proste zabezpieczenie – powiedział okrutnie szczerze, na co Pyro przewrócił oczami. Bez większych ponagleń zabrał się do rozbrojenia korytarza. Najpierw wypuścił gaz, który odkrył wszystkie laserowe czujniki ruchu, następnie zabrał się za ocenę odległości pomiędzy nimi. Wziął rozbiegł, biegł środkiem korytarza, przed pierwszą linią laserów skoczył do góry wyciągnięty w przód, następnie zanurkował pod drugą linią ostro w dół, następnie zatrzymał się na moment. Musiał przecisnąć się pomiędzy ostatnio linią laserów, ułożony w krzyż. Udało się! Stanął na końcu korytarza, przy panelu wyłączającym laser.

- Droga wolna – powiedział wyłączając lasery i działka. Nie czekając na Johna wszedł jako pierwszy do pokoju za czerwonymi drzwiami.

- Co tak długo? – usłyszał zirytowany głos Nadine, która siedziała na krześle czytając książkę.

- To nie moja wina– odparł siadając obok niej z wyciągniętymi w przód nogami.

Po dziesięciu minutach zaczęli zjawiać się inni. Kolejno Sege z Piotrem i Scanner z Firestar. Po spotkaniu, Sege o mało go nierozszarpała, za wkopanie jej na przedostatnim poziomie. Piotr z resztą dziewczyn milczeli, na temat taktyki Gambita.

 

 

Przedostatni sprawdzian – walka. Wykorzystując swój urok osobisty i wygadanie, załagodził wrogość grupy względem swoich poczynań. W sumie nawet nie musiał zbytnio kłamać, naprawdę był pod wrażeniem że mimo dodatkowych utrudnień cała grupa dotarła do celu i to w dobrym czasie. Bez większej przerwy zaczęli kolejny etap, budynek i labirynty znikły na rzecz, pustej sali walk.

- Jedyna zasada, czerwone celę muszą zostać wyeliminowane – rozległ się chłodny głos Magneto – Powodzenia. Rozległ się pisk oznaczający start. Jak na komendę rozproszyli się po Sali, atakując osobno roboty. Roboty były podzielone na niebieskich żołnierzy i czerwonych. Czerwoni byli dodatkowo uzbrojeni oraz opancerzeni. Przypadkowo podzieli się na osoby zwracające uwagę i osłabiające roboty oraz osoby niszczące je. Pyro, Sege i Scanner byli w pierwszej grupie. Piotr, Firestar i Gambit w drugiej. Zaskoczeniem było użycie broni palnej przez Sege w obronie, parę osób przystało na chwilę na ten widok. Gambit spodziewał się tego po niej, co jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że powinien na nią bardziej uważać. Pod wpływem emocji jakie wzbudziła walka, jego oczy przybrały nową formę, tym razem czarno-czerwonych z dwoma łezkami na tęczówce. Dzięki nim dostrzegał więcej szczegółów, oraz każdy ruch przeciwników, co szybko przechyliło szalę na jego korzyść. Zaczął czuć rosnącą ekstazę, wynikającą z pokonywania kolejnych przeciwników. Kątem oka zobaczył, że dziewczyny miały problem, z jednym z czerwonych żołnierzy. Rzucił kartą w plecy żołnierza, ale atak nie wyrządził większych strat. Za to zwrócił jego uwagę na Gambita, ruszył w jego stronę. Ciało samo zareagowało, czuł się jak w transie, kierowany jakąś niewidzialną siłą… Ręce automatycznie ułożyły odpowiednią pieczęć… Ruszył z błyskawicą w ręku na przeciwnika, jednym ciosem przebijając  klatkę robota na wylot. Technika był niezwykle efektowna, głośna oraz co gorsze wyczerpująca. W momencie kiedy ostatni przeciwnik padł, on klęknął na prawe kolano dysząc ze zmęczenia i bólu w prawej ręce. Spojrzał zaniepokojony na swoją prawą ręka była lekko poparzona od ataku, a do tego niemiłosiernie bolała od środka, palącym bólem oraz trzęsła się tak jakby zaraz miała odpaść. Odpuścił, pożegnał grupę życząc im powodzenia w dalszej części testu i wyszedł z sali. Ostatni etap zdali wszyscy pod przywództwem Sege, która zdominowała tą konkurencję.

 

 

Po piętnastu minutach wszystko na temat nowej grupy było już omówione. Niektóre fragmenty nagrania, były powtarzanie wielokrotnie. A najczęściej powtarzanymi scenami był atak Gambita, rozpracowanie komputera przez Sege oraz ataki i umiejętności szpiegowskie Rogue. Decyzja o składzie grupy głównej i rezerwowej zapadła.

- Trzeba wszystkim pogratulować, świetnie się spisali- powiedział Bestia wyłączając monitor.

- Chodźmy, Jean przekazała mi, że szykują się kłopoty. Bractwo nadal nie opuściło Instytutu – powiedział Profesor mrużąc oczy, wsłuchany w wiadomość telepatyczną. Ruszyli wszyscy w stronę holu… Winda powoli zjeżdżała w dół, a nowe raporty Jean były coraz to bardziej niepokojące, nawet Pai Mei zaczął się dziwnie zachowywać…

Tymczasem w salonie.

- Lance zostaw mnie w spokoju – pisnęła Kitty szarpana za rękę.

- Zostaw tych frajerów, razem będzie nam lepiej! – podniósł głos, ciągnąc ją w stronę drzwi.

- Nie mam mowy, dorośnij w końcu – odparła, przefazowując się i uwalniając swoją rękę od ścisku – Ten kretyn z ciebie Lance. Przegraliście, ale nie musisz z tego powodu wyżywać się na mnie!

- Już ci na mnie nie zależy, księżniczko! – wrzasnął rozwścieczony – To wam urządzę na nowo ten hol! – Jego moc zaczęła działać, podłoga i ściany wibrowały coraz to mocniej.

- Lance przestań wszystko rozwalisz – powiedziała błagalnie Kitty.

- Zostaw ją w spokoju – powiedział stanowczo Piotr, zasłaniając swoim ciałem Kitty.

- Ty! To wszystko przez ciebie! Chłopaki pokażemy im kto jest lepszy! – powiedział rzucając się na Piotra. W jednej chwili rozgorzała walka, Scott zaczął atakować Bloba, ale promienie nie wyrządzały mu żadnych szkód. Rogue walczyła z Toddem, a Jean z. Quicksilver. Bractwo przegrywało, ale cóż z tego? Szkody jakie wyrządzała walka były nie współmierna do satysfakcji ich przewagi nad agresorem. Do holu wszedł Gambit, wszedł nie wbiegł. Co zwróciło uwagę walczących, z jego postawy bił nieskazitelny spokój, który zaczął udziela się wszystkim. Grupy rozstąpiły się przestając na chwilę walczyć i w milczeniu obserwowały co zrobi Cejun. Gambit stanął na środku koła, który powstał.

- Po co wy walczycie? I dlaczego akurat tutaj? – powiedział zupełnie spokojny lekko zdziwionym głosem, wszyscy spojrzeli po sobie. Powaliło go czy co?- Lance jak kobieta mówi nie w takiej sytuacji to znaczy nie i tylko to – zwrócił się do Avalanche.

- Lepiej pilnuj swego dziwnooki – odwarknął w jego stronę.

- Taa spadaj chudy przeszkadzasz nam – dodał Blob, podchodząc do niego.

- Nie chcesz poznać mnie od tej złej strony, wiesz mi – ostrzegł ze spokojem w głosie Gambit.

- Buhaha, bo się zaraz popłacze – zaśmiał się Blob – wiesz co, zaryzykuje… – dodał uderzając Gambita z pięści w klatkę piersiową. Cejun przefrunął przez cały hol, uderzając na końcu głową w kant rzeźbionej balustrady holu. Rogue momentalnie poleciała w jego stronę, ale Blob złapał ją za nogę, zakręcił i wyrzucił przez zamknięte drzwi holu na podwórze. Walka na nowo wybuchła. Kątem oka widz mógł zobaczyć i  usłyszeć jak grupa przywódców wybiega z windy, próbując wydawać rozkazy swoim grupą.

- Teraz to mnie wkurzyłeś… – wycedził wolno słowa Gambit wstając i jednym ruchem rozkładając kij.

- Teraz chcesz mnie nastraszyć tymi siwymi oczami?– prychnął Blob zbliżając się do Cejuna, który już stał i szedł na niego – Jesteś za cienki… – dodał, ale nie dokończył, Gambit wziął zamach kijem ładując go, siła i energia uderzenia wyrzuciła Bloba z sali na podwórko. Na moment bractwo truchlało, przerywając walkę.

- A teraz wy… – powiedział nie swoim głosem Gambit, w stronę bractwa. Quicksilver jako pierwszy odważył się zaatakować Cejuna, reszta X-menów na rozkaz Profesora wycofała się. Gambit schował kij i z olimpijskim spokojem czekał na syna Magneto. Krótko czekał. Zgromadzeni widzieli smugę, jaką pozostawił sprinter, ale jego nie. Za to Gambit najwyraźniej tak, najpierw zrobił unik przed jego ciosem, a następnie wyprowadził dwa szybkie ciosy, nie wiadomo gdzie, ale efekt był widoczny. Quicksilver padł na ziemię sparaliżowany. Gambit obejrzał z uwagą pokonanego, następnie skupił się na reszcie przeciwników, a ci już mieli mokro…

- Spadamy… – jęknął Todd skacząc w stronę wyjścia, ale nie dane było uciec. Następnym w kolejce był Avalanche.

- Hej stary ty tak na poważnie? Ok wygrałeś … – wyjąkał  podstawiony pod ścianą.

- Dla ciebie mam lekcję dobrych manier – powiedział zacierając ręce, wyglądał przerażająco upiornie. Włosy miał postrzępione i poklejone od krwi z rany na tyle głowy. A jego oczy przeszywały na wylot.  Złożył szybko pieczęć, prawą ręką  owiniętą  błyskawicą zamachnął się…

- Chidori… – wymruczał kierując dłoń ułożona w włócznie na Avalanche.

chidori

- Przestań! – rozległa się błagalna prośba. Z tłumu zaczęły dobiegać krzyki, błagania i rozkazy i cała inna kakofonia dźwięku przerażenia i rozpaczy. Osobą, która zatrzymała atak Gambita ostatniej chwili, był Pai Mei. Chwytając swego ucznia za prawą rękę przed nadgarstkiem.

- Dobrze ci radze starcze, puść moją rękę – powiedział wolno i zwracają głowę w bok w stronę Mistrza.

- Uspokój się, masz rozbitą głowę – powiedział starając się mówić ze spokojem w głosie, ale nie wyszło mu.

- Na twoim miejscu nie martwił bym się o moją głowę, lecz o twoją rękę – powiedział z jadem w głosie, poszerzając zasięg błyskawic omiatających rękę. Pai Mei wrzasnął poparzony, puszczając jego rękę.

- Tyle lat na to czekałem… Tyle pieprzonych lat, aby wyjść na wolność – powiedział idąc na wycofującego się Pai Meia. Nagle i niespodziewanie drogę zastąpiła mu Jean. Obaj stanęli jak wryci mierząc się wzrokiem.

- A więc to tak… – powiedział tajemniczo Gambit, podnosząc lekko kąciki ust. Włosy Jean podniosły się, a jej podstawa emanowała mocą.

- Nie pomożesz Rogue? Jest ranna  – powiedziała spokojnie, nie spuszczając z niego oczu. Kącik ust Gambita ponownie się podniósł.

- Nie ja… -  powiedział cicho, zamykając oczy na chwile.  Ruszył bez słowa w stronę wyjścia, w rozbitych drzwiach stanął i obrócił  się do zgromadzonych.

- Tak nawiasem mówiąc, zmiennokształtna zaraz wam się włamię do Cerebro… – powiedział spokojnie wychodząc, a jego oczy wróciły do normy. Jak na komendę Kitty z Kurtem przenieśli grupę osób do Sali z Crebro. Reszta osób nadal stała szokowana tym co się przed chwilą wydarzyło.

- Jak? – spytał Mistrz, Jean. Ona spojrzała na niego, potem na  zgromadzonych a następnie na rękę Mistrza – zaraz ją wyleczy – dodała odchodząc. Gambit w tym czasie wrócił z Rogue. Dziewczyna widać dostała tęgie lanie. Była brudna od ziemi, a jej kombinezon był podarty. Ale nie było można dostrzec żadnej widocznej rany, choć jej ubranie było we krwi. Dał znak, aby zaczekała na niego. Podszedł do Mistrza i bez słowa uleczył jego rękę. Potem nie czekając na reakcję z jego strony, odblokował sparaliżowanych. Rogue podeszła do niego, złapała go pod ramię.

- Ludzie to zawsze problem… – powiedział do Mistrza, poczym ruszył po schodach z Rogue u boku.

Nie ma złych wiadomości, są tylko ciężkie do zakceptowania

 Pożądanie sprawia, że mężczyzna jest nader śmiały, ale miłości towarzyszy zawsze onieśmielenie”.

Przysłowie Francuskie

 

          Wczorajszy wieczór mógł zaliczyć, do jak najbardziej udanych. Choć starał się zachować, zdrowy rozsądek, przy Rogue było to niemożliwe. Oddał się w pełni uczuciu i chwili, zapominając o troskach i zmartwieniach. Po kolacji udali się na spacer do parku, po drodze odwiedzając neogotycki kościół parafialny. Architektura kościoła bardzo przypadła Rogue do gustu. Z ledwością zdążyli przybyć do Instytutu na czas. Ale w końcu to on prowadził, więc nie mogli nie zdążyć… Mimo krótkiego snu, tryskał energią od samego poranka. Po krótkim prysznicu, energicznym krokiem ruszył na dół, do kuchni. Nie mógł się doczekać powtórnego spotkania z nią. W drodze minął grupę młodych x-menek, jego pojawienie się wzbudziło falę szeptów i ukradkowych spojrzeń. Cóż, nic nie ukryje się, w tak małej społeczności. Wszedł do kuchni, w której unosił się dziwny zapach, mieszanka wszystkiego ze wszystkim… Skrzywił twarz, zniesmaczony. Dojrzał Rogue, jego nastawienie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, na jego twarzy wykwit łobuzerski uśmiech, hardo ruszył w jej stronę. Stała nad patelnią, robiąc zapewne omlet.

- Część! – stanęła nagle przed nim Kitty, z tacą w ręku. Zatrzymał się nagle, aby na nią nie wpaść. A fala tych dziwnych zapachu uderzyła nagle ze zdwojoną siłą.

- Bonjour – odparł, spoglądając z coraz to większym lękiem na tacę.

- Zrobiłam rano babeczki, są ten… Wytrawne ! Spróbujesz ? – spytała z nadzieją w głosie. Nagle w kuchni zapadła głucha cisza. Spojrzał na osoby będące w kuchni, na ich twarzach rysowało się napięcie, Rogue odwróciła się w jego stronę i za plecami Kitty zaczęła machać ostrzegawczo rękami.

- Wiesz mam trochę kłopoty z trawieniem, może innym razem – mruknął próbując się wywinąć z degustacji.

- Ale one na pewno są lekko strawne – zapewniła Kitty przysuwając się do niego i podsuwając mu tacę pod sam nos. Parę osób w kuchni u słyszalnie prychnęło.  Odsunął głowę od źródła smrodu.

- A co to za przepis? – spytał, starając się nie wdychać swądu babeczek.

- Mój własny, są tam pieczarki, pomidory, seler naciowy, burak… Przyprawy prowansalskie i bazylia… – zaczęła wymianie składniki, a on próbował nie uciec, na samą myśl o tym co tam jest. Więc postanowił się wyłączyć na chwilę. Kątem oka zobaczył, że Bet o dziwo je jedną z babeczek i to raczej nie je, a pochłania. Cóż może nie są aż takie złe ?

- Dobra, dobra spróbuje – powiedział szybko, słysząc jej słowotok. Wziął pierwszą z brzegu, sam jej wygląd odstraszał, była sraczkowatego koloru z wystającymi dużymi kawałkami warzyw. Raz kozie śmierć jak to mówią… Wziął mały kęs, ale to w zupełności wystarczyło. Pierwsze uderzenie smaku, wywoła u niego paraliż, momentalnie cały zesztywniał, drugie wywołało falę torsji i mdłości. Zaczął głębiej oddychać, zamknął silnie usta, bo bał się że zaraz zwymiotuje. Wzrok Kitty go przeszywał. Całe jego umiejętności aktorskie, teraz przechodziły najwyższą próbę.

- I jak ? Co o nich sądzisz ? Są nowatorskie co nie ?

- Hkmm, taa. Są bardzo oryginalne- powiedział bardzoo powoli – Mają oryginalny smak kghm…-prychnięcia i cichy śmiech rozległ się po kuchni – Ale nie sądzisz, że są trochę ciut surowe w środku ? I czy nie lepiej by było obrać pomidora ze skórki ? A pieczarkę wcześniej przesmażyć ?

- Ooo, dzięki ten, będę pamiętać – wydusiła z siebie zaskoczona jego reakcją Kitty.

- Jesteś żydówką nie ? – spytał, Kitty lekko kiwnęła głową – Wiesz co Magneto też jest, na pewno twoje babeczki przypomną mu dzieciństwo. Na pewno się ucieszy – powiedział z uśmiechem.

- Jasne ! Ten dzięki – pisnęła Kitty wybiegając z kuchni. Zaraz po jej wyjściu jego twarz uległa zmianie. Podbiegł do blatu, sięgając po kuchenny ręcznik papierowy, wypluwając do niej zawartość ust.

- A już zaczęłam myśleć, że ty tak na serio… – powiedział Rogue przybliżając się do niego.

- W życiu nie jadłem niczego gorszego…- odparł, wypijając wodę mineralną. Wtedy przypomniał sobie Bet, jedzącą to świństwo.

- Można wiedzieć co ty robisz ? – spytał podchodząc do niej. Spojrzała na niego lekko zdziwiona.

- Jem – odburknęła – To jest bardzo dobre, nie rozumiem dlaczego tak negujecie jej kuchnie.

- Chyba popieprzyły ci się kubki smakowe – oburzył się – To dla twojego dobra – powiedział zgarniając jej talerz i wysypując jego zawartość do kosz na śmieci.

- Chyba ciebie ! – odrzuciła wkurzona – To było moje śniadanie, dupku !

- Swoją drogą jesteś okrutny… Tak potraktować szefa z samego rana… – mruknął wesoło Pyro.

- Jaki szef, takie śniadanie dla niego – odparł zadowolony z siebie – Idę zapalić.

dnfd

       Po porannym dymku, od razu poczuł się lepiej i to nie tylko ze względu na zniknięcie smaku babeczki, ale i także towarzystwa. Rogue siedziała na jego kolanach bokiem.  Nie obściskiwali się, Rogue wyraźnie nie chciała, rzucać wszystkim w oczy ich związkiem, co wyraźnie zaznaczyła przy rozmowie w czasie wczorajszego spaceru.

- Zrobisz mi omlet? – poprosiła przytulając się do niego.

- A co twój ci nie smakował? – zagadał, kładąc swoją głowę na jej ramieniu. Bransoletka się ładowała, więc musiał uważać z dotykaniem jej.

- Smakował, ale ty robisz lepsze – mruknęła, spoglądając na niego zalotnie.

- Oczywiście, Cher – pocałował jej włosy. Razem udali się do kuchni, od razu ruszył w stronę lodówki. Po drodze doznał kolejnego szoku tego ranka, widząc co tym razem je Bet. Bez słowa ją wyminął, pewnie ma okres… Zagarnął potrzebne mu produkty, ale po chwili namysłu zabrał jeszcze kilka dodatkowych rzeczy. Rzeczy potrzebne  do zrobieniu omletu postawił koło Rogue. Spojrzała na niego z ukosa, widząc resztę produktów, które nadal trzymał w dłoni. Kiwnął głową na Bet, od razu zrozumiała jego intencję, lekko się uśmiechając.

-Bon appétit ! – postawił nagle produkty obok Bet, jego przyjaciółka lekko podskoczyła – Ogórki kiszone i masło orzechowe wprost idealne połączenie – powiedział nie kryjąc ironii w głosie.

- Bardzo zabawne – odparła z przekąsem. Zadowolony z siebie wrócił do robienia śniadania.  Po dwóch minutach śniadanie było gotowe.

- Dziś mamy zaplanowany jakiś specjalny trening – powiedziała Rogue niosąc swoja porcję omletów.

- Pewnie Wolverin będzie go prowadził… – odparł siadając z Rogue na przeciwko Bet – Wyspana po wczoraj, bo ja… – urwał nagle widząc co robi Bet, spojrzał na Rogue jej mina mówiła sama za siebie.

- Staram się zrozumieć, że w pewne dni kobiety mają różne zachcianki… Ale ogórki kiszone posmarowane masłem orzechowym… To już przegięcie – powiedział najbardziej dyplomatycznie jak tylko mógł. Bet łypnęła na niego spod łba.

- Nie mam okresu – odburczała, po chwili zjadając z nie ukrywanym smakiem mieszankę.

- Ooo , dziwne…

- I niesmaczne – rzuciła Rogue.

- Janett, gdy zaszła, lubiła jeść kiełbasę z tiramisu… Do czasu kiedy nie pojawiały się mdłości – mruknął zastanawiając się. Rogue wyraźnie zaciekawiły jego słowa. Bet momentalnie stężała, zauważył to.

- Dawno się widziałaś z Michelem ? – zapytał.

- Tydzień przed wyjazdem, o kurwa… – powiedziała z rosnącym zdenerwowaniem we głosie.

- Spóźnia ci się co ? – powiedział już pewny, co do powodu nagłej zmiany w kulinarnych gustach przyjaciółki.

- Putain ! Zabije go ! – krzyknęła nagle zrywając się.

- Spokojnie, to nie koniec świata – powiedział łagodnie wstając i podchodząc do niej.

- Rośnie we mnie pasożyt – powiedziała przerażona. W kuchni rozległ się szum.

- Uuu co za ostre słowa… – syknął, marszcząc nos – Nie pasożyt, tylko dziecko – poprawił ją.

- Ja nie mogę być matką ! Dopiero co Gabriell podrosła ! Mam jeszcze tyle życia przed sobą. Boże, ja piła i paliłam ! – nakręcała się – A co się stanie, jak urodzi się jakieś zmutowane lub chore. A co jeśli poronię tak jak Jeannett ? Ona prawie umarła. tak się wykrwawiła ! – panikowała, deptając w prawo i w lewo.

- Hej, spokojnie… – zaczął.

- Dlaczego ty jesteś taki spokojny ?! – wybuchła nagle, podszącając nim za ramiona – To twoja wina ! Ty mnie z nim zapoznałeś ! – Zdenerwowana puściła go, wybiegając z kuchni.

- Uuu – westchnęła Rogue podchodząc – Prawdziwy wulkan z niej. Wszystko w porządku?

- Taa jasne, nie odpowiadam tylko za gradobicie, trzęsienie ziemi i koklusz – odparł będąc nadal w szoku.

- Z dwoma pierwszymi bym się spierał – mruknął Piotr.

- Kobiety… Kto je zrozumie – westchnął Pyro, wzruszając ramionami.